Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button
 

Proces załogi KL Auschwitz-Birkenau cz.III

Proces załogi KL Auschwitz-Birkenau w Krakowie w 1947  roku - część III

Bumbo

        Jedynym więźniem oświęcimskim pochodzącym z Bochni, który złożył zeznania w procesie krakowskim 40 członków załogi oświęcimskiej był Czesław Jaszczyński1 nr obozowy 5696. Aresztowany razem z bratem Romanem w Bochni  3 sierpnia 1940 r. w drugiej fali aresztowań bocheńskiej „młodzieżówki”, już 8 października 1940 roku znalazł się w obozie Auschwitz.  Był on karłem-liliputem i władze obozowe wyznaczyły mu szczególną rolę.  SS-Hauptsturmführer Karl  Fritsch zapewne ze względu na jego wzrost przydzielił mi funkcję odźwiernego (Pförtnera) przy bramie z napisem „Arbeit macht frei” i kazał nosić imię „Bumbo”. Kapo Bruno Brodniewicz – zeznał Jaszczyński – kazał na spodniach naszyć czerwone lampasy, na lewej ręce musiałem nosić opaskę z napisem „Pförtner”, zaś na głowie okrągłą czapeczkę z napisem na otoku „Bumbo KL Auschwitz”. Była to czapka  granatowa bez daszka  podobna do marynarskiej.

        Niemcy uczynili z niego maskotkę i miał być jednocześnie przedmiotem ich żartów i kpin. Jaszczyński, który podobno przed wojną występował w berlińskim cyrku liliputów i znał dobrze język niemiecki  potrafił  wczuć się w  swoją rolę i odpowiednio wykorzystać nabyte umiejętności i doświadczenia cyrkowej z korzyścią dla więźniów. Więzień  Jerzy Pozimski (nr obozowy 1099)  wspominał, że przez krótki czas, kiedy do obozu przychodziły transporty więźniów z Grecji  dodano Jaszczyńskiemu do pomocy i dla kontrastu prawie dwumetrowego Żyda z Grecji, aby przypominali Pata i Patachona, słynnych duńskich komików z epoki filmu niemego i komiksów  drukowanych w przedwojennej prasie europejskiej (także Ekspresie Wieczornym).  Byliśmy sensacją i obiektami żartów –  mówił Jaszczyński.  Zadaniem ich było rozśmieszanie stojących na bramie esesmanów. 

        Kiedy wracały do obozu komanda robocze, Bumbo-Jaszczyński był zawsze bardzo głośny i ruchliwy. Na różne sposoby starał się także pomagać więźniom w przemyceniu do obozu żywności (cebula, marchewka, ziemniaki). Czasem podchodził do kontrolującego więźniów esesmana i wyręczał go w kontroli. Ponieważ robiłem to z poważną miną i krzykiem, przeto niejednokrotnie udało im się przemycić ukryte pod pasiakiem „skarby” – wspominał Jaszczyński. Innym jego trikiem było wpadanie pomiędzy maszerujące szeregi, roztrącanie kolegów i ułatwianie im przemknięcie bokiem  ze szmuglowanym towarem, albo odwracanie w inny sposób uwagi stojących na bramie esesmanów. Podchodził  do grającej przy bramie marsze wojskowe orkiestry brał czynele i grał na nich w przysiadzie, tańcząc i biegając wokół orkiestry, albo odbierał batutę dyrygentowi i zastępował go na podium strojąc komiczne miny. Niemcy zaśmiewali się, a tymczasem więźniowie mogli swobodnie przejść przez bramę, uniknąć batów i pięści wartowników i przemycić niesioną żywność. 

     Byli tacy więźniowie, którzy zapamiętali go jako złośliwą kreaturę. Faktycznie Bumbo na oczach Niemców musiał  pokazywać, że popycha więźniów lub  okłada ich pięściami. Taki wypadek opowiedział mi przed laty mec. Wincenty Hein z Bochni, który aresztowany za działalność konspiracyjną, przywieziony został z więzienia Montelupich do Auschwitz :  Biegiem dotarliśmy do  bramy obozowej ze słynnym napisem „Arbeit macht frei”.  To był ogromny stres. W pewnej chwili poczułem, że ktoś już za bramą  okłada mnie pięścią po plecach, a jednocześnie wsuwa mi do kieszeni kromkę chleba i mówi : „To ja Czesiek Jaszczyński z Bochni. Zaopiekuję się tobą... Potem dostałem funkcję schreibera czyli pisarza obozowego, która zapewniła mi pracę pod dachem.

      Zeznania Czesława Jaszczyńskiego dotyczyły siedzących na ławie oskarżonych członków załogi obozu. Prawie wszystkich  rozpoznał na fotografiach i przedstawił charakterystykę ich zbrodniczej działalności. Znał ich przecież doskonale. Stojąca przy bramie świta obozowa nie krępowała się jego obecnością, a Jaszczyński rejestrował w pamięci wszystkie zdarzenia drobne i te brzemienne w skutki, przypadki wyrafinowanego sadyzmu, ale także słabostki obozowych panów życia i śmierci.  Jako odźwierny miał także możność poruszania się po całym obozie w związku z wykonywaniem różnych zleceń, widział  np.  Aumeiera wchodzącego na blok 11 w towarzystwie Grabnera, Palitscha, Lachmana, Kirchnera i Bogera i wychodzących za pół godziny oraz wyjeżdżającą stamtąd,  ciągnioną przez więźniów Rollwagę pełną trupów znaczącą drogę  strugami krwi.

 

Czesław Jaszczyński

                  

Dokumentalista  Stanisław  Mucha

    Ważną rolę w dokumentowaniu zbrodni hitlerowskiego ludobójstwa odegrał  Stanisław Mucha z Bochni2 który po wojnie w Krakowie miał zakład fotograficzny. Na zlecenie Nadzwyczajnej Radzieckiej Komisji Państwowej do Badania Zbrodni Niemiecko-Faszystowskich na terenie byłego KL Auschwitz wykonał od połowy lutego do początku marca 1945 r. obszerną złożoną z ok. 138 klisz dokumentację ukazującą stan obozu po wyzwoleniu.  W czasie procesu złożył obszerne sprawozdanie  przedstawiające okoliczności  wykonania zdjęć. Oczywiście nie o wszystkim mógł powiedzieć w czasie przesłuchania. Na terenie obozu wojskowe władze radzieckie umieściły szpital  wojskowy. Jego fotografie zabierało NKWD, ale kiedy do wyzwolonego obozu przyjechali przedstawiciele Polskiej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce wartownik nie wpuścił Komisji na teren obozu.

              

Komisja Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce pod bramą obozu

Wspominał mi o tym prokurator Jan Brandys  w 1985 r. Nie pomagały żadne perswazje. Dopiero dzięki 6 litrom  bimbru otwarła się słynna brama3 i można było wjechać na teren obozu. Przed barakami obozowymi, w których teraz mieszkali pacjenci tego radzieckiego szpitala wojskowego znajdowały się głębokie wykopy, bowiem rekonwalescenci, zamiast odpoczywać woleli poszukiwać w ziemi złota i brylantów, które – jak się im wydawało – zakopać musieli tam przed śmiercią Żydzi. Na dachu krematorium Rosjanki przygotowywały zabawę taneczną. Na jednym z krzeseł leżała przygotowana do zabawy harmonia, a na dole widać było jeszcze bielejące kości.
       Tylko nieliczna część dokumentacji wykonanej przez Stanisława Muchę pozostała w Polsce i została włączona w poczet dowodów w procesie krakowskim załogi Auschwitz-Birkenau.

       Pierwsze zdjęcia z Auschwitz po opuszczeniu obozu przez Niemców wykonał amatorskim aparatem fotograficznym nieznany student z miasta Oświęcimia w styczniu 1945 r.  Przedstawiały one zwłoki więźniów zmarłych w obozie, generała Kudriawcewa i żołnierzy radzieckich  stojących przy stosach włosów kobiecych, grzebieni, okularów i protez.  8 maja 1945 r. pięć tych fotografii  zamieściła  „Krasnaja Zwiezda”. 29 maja 1945 r. fotografował obóz inny fotograf z Krakowa Stanisław Kolowca przy okazji oprowadzania sędziego Jana Sehna i delegacji angielskiej dr H. Johnsona dziekana katedry Uniwersytetu w Canterbury prof. J. D’Eye z Oxfodu i doc M. Urnowa przedstawiciela V.C.M.S oraz T. Żebrowskiego przedstawiciela polskiego MSZ.  Zeznania Stanisława Muchy dotyczyły okoliczności wykonania fotografii oraz ich szczegółowego opisu.

           

 Komisja Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce pod bramą obozu

            Legitymacja Stanisława Muchy

Karykatury Władysława Siwka

       Znakomitym dokumentalistą obozowych przeżyć był Władysław Siwek (1907-1983) pochodzący z Niepołomic4. Już w Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego w Bochni  ujawnił się jego talent do rysunku.

      Od 1940 r. przebywał w obozie Auschwitz. Wykonywał tam ołówkowe portrety kolegów więźniów. Dostrzegł to blokowy bloku 14 Niemiec Burgarth. Wykorzystał jego talent, zbierał zamówienia u esesmanów na portrety, nieźle na tym zarabiał, a Siwek otrzymał czasem dolewkę zupy lub kawałek dodatkowej porcji chleba.  Najważniejsze dla niego było jednak to, że pracował pod dachem, co dawało mu szanse na przeżycie. Potem dostał się do komanda Malerei, w którym pracowali malarze ścienni, liternicy, lakiernicy wykonujący różne znaki, napisy, tablice na potrzeby obozu. Siwek malował także ściany oficerskiej kantyny obozowej. W 1947 r. po powrocie do Polski  nawiązał współpracę z Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Okazało się, że ma fenomenalną pamięć faktograficzną i potrafi w rysunku i akwareli znakomicie odtworzyć różne sceny wydarzeń rozgrywających się w obozie.  Jego obrazy w wielkich formatach znajdują się w stałej ekspozycji Muzeum Auschwitz-Birkenau.

 

          Władysław Siwek

       Zanim jednak doszło do wykonania tej serii malowideł o tematyce obozowej jako pierwsze zlecenie otrzymał wykonanie portretów-karykatur esesmanów sądzonych w procesie załogi oświęcimskiej. Miał stały bilet wstępu na salę sądową  i powierzone mu zadanie wykonał perfekcyjnie.  Kilka takich portretów znalazło się w wydanym przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w 2000 r. albumie poświęconym twórczości Władysława Siwka p.t. „Kiedyś to namaluję...” 

      Karykatury sędziów, adwokatów i zbrodniarzy oświęcimskich sądzonych w tym procesie wykonywali także rysownicy Żebrowski i Leski. Ozdabiały one codzienne prasowe relacje z procesu publikowane na łamach dzienników w całej Polsce, „Przekroju” dwutygodnika „Wolni Ludzie”. Codzienne relacje z procesu zamieszczało „Echo Krakowa” i „Dziennik Polski” a takie tytuły artykułów jak np. „Krętactwa i kłamstwa oskarżonych”, „Upiory Oświęcimia”, „Bestia w ciele pięknej kobiety”, „Jesteśmy niewinni wołają zbrodniarze” podtrzymywały i eskalowały zainteresowanie procesem. 

  

 

       Karykatur zbrodniarzy wyk. przez Władysława Siwka 

 

 

      Karykatur zbrodniarzy wykonanych przez Żebrowskiego i Leskiego

Potwory w ludzkiej skórze

         Każdy chciał dostać się na salę rozpraw w Muzeum Narodowym, aby zobaczyć „potwory w ludzkiej skórze”. Krążyły pogłoski, że niektóre byłe więźniarki powołane na świadków mdlały na widok Marii Mandel w czasie konfrontacji przeprowadzanej w więzieniu Montelupich, a także w czasie zeznań składanych przeciwko niej na sali sądowej. Tak straszne były ich wspomnienia o tej kobiecie dzierżącej funkcję komendantki obozu żeńskiego, że  widok tego „potwora w spódnicy”  nawet po trzech latach i w zupełnie odmienionej sytuacji, nie wzbudzał satysfakcji lecz przywodził dawne traumatyczne lęki.
       Dr Jerzy Ludwikowski z Wiśnicza, który wtedy studiował w Krakowie i mieszkał u kolegi Władysława Cygankiewicza pracującego w Wydziale IV Karnym Sądu Apelacyjnego w Krakowie mógł  korzystać z wolnego biletu wstępu i uczestniczył w roli obserwatora w kilku sesjach sądowych. Mówił, że atmosfera na procesie była bardzo ciężka, ale panowała powaga, chociaż czasem niektóre wyjaśnienia oskarżonych były zaskakujące. Prokurator Jan Brandys zapamiętał, że oskarżony Aumeier wypowiadał się dość stanowczo i ostro, inny - Detlof  Nebbe - wygłosił nawet  przemówienie broniące idei narodowego socjalizmu.                    

      Szmer grozy i oburzenia rozchodzi się po sali – donosiło „Echo Krakowa” 5 grudnia 1947 r. -  rośnie i potężnieje wówczas, gdy Maria Mandel zbliża się do mikrofonu, by udzielić swoich wyjaśnień. Z całym spokojem stwierdza, że dzieci miały w obozie bardzo dobre warunki, że otrzymywały w południe mleko z ryżem i kawałek masła. Ona sama prosiła komendanta o urządzenie im miejsca do zabaw. W podobny sposób zareagowała sala, gdy w 13-tym dniu rozprawy o godzinie 16.00 na pytanie przewodniczącego Trybunału powiedziała, że ona i jej podkomendne nie były SS-mankami i nie należały do SS, bowiem miały tylko cywilny kontrakt z SS. Tym razem Mandel mówiła  prawdę. Dopiero 25 lutego 1948 r. w poufnej notatce (nr 800/48) Prokuratura NTN poinformowała, że kobiety nie należały do SS i jeżeli zatrudnione były w obozach koncentracyjnych na podstawie cywilnych kontraktów, to należy je oskarżać o udział w zespołach przestępczych, jakimi były załogi obozów koncentracyjnych. 

       Raz tylko sędzia przewodniczący zagroził, że będzie musiał kazać opróżnić salę z publiczności, gdy świadek Bloch Claude Jacquelin nazwała oskarżonych bydlętami, a sala zareagowała na to gremialnym śmiechem.

      W drugim etapie procesu oskarżeni wykazywali o wiele większe zdenerwowanie niż na jego początku. Nie spodziewali się, że tak wielu świadków ocalało i zapamiętało sprawców zbrodni.

 Maria Mandel

 Detlof Nebbe

Poufna notatka

       Szczególnie interesująca jest opinia  Tadeusza Cypriana - prokuratora Najwyższego Trybunału Narodowego zawarta w innej ściśle poufnej notatce z dnia 3 grudnia 1947 roku w sprawie organizacji i przebiegu procesu. Cyprian  podzielił oskarżonych na dwie grupy. Do pierwszej zaliczył tych, którzy mieli szanse na wyrok więzienia i zdawali sobie sprawę z tego. Byli oni teraz opanowani i zachowywali się spokojnie. Do drugiej grupy natomiast tych, którzy po zeznaniach świadków, coraz bardziej orientowali się, że grozi im tylko szubienica.
       Czuli się oni coraz bardziej osaczeni, niespokojni i coraz bardziej tracili spokój nerwowy. Tadeusz Cyprian informował w notatce, że przechwycono gryps jednej z oskarżonych o dostarczenie jej żyletki w celu podcięcia sobie żył. Ponadto ostrzegał, że ta grupa jest dość liczna i można spodziewać się z ich strony jakiegoś niekontrolowanego wybuchu. 3 grudnia 1947 r. jeden z oskarżonych miał wybuch pasji połączonej z rozpaczą, ale na szczęście incydent ten został opanowany.

      Informował także Cyprian, że władze bezpieczeństwa są niezadowolone ze sposobu prowadzenia procesu z dwóch powodów:  proces powinien odbywać się tak, jak procesy polityczne działaczy „WiN-u”,  wszyscy świadkowie  powinni być  powołani do składania zeznań na procesie.  W tej ostatniej kwestii Cyprian pisze, że pominięcie niektórych świadków (oświęcimiaków) może budzić w tym środowisku rozgoryczenie, ale takie muszą być rygory procesu. Negatywnie ocenił rolę prasy relacjonującej proces.  Dziennikarze przekręcają zeznania świadków i formułują własne wnioski. Na końcu tej opinii Tadeusz Cyprian nadmieniał, że świadkowie rozerwali by oskarżonych na kawałki, gdyby znaleźli się razem z nimi w tłumie, ale Trybunał pracuje dobrze, a amerykańscy obserwatorzy wyrazili uznanie dla sposobu prowadzenia procesu.

 Legitymacja prok. Tadeusza Cypriana

Odruchy człowieczeństwa

       W różnych kontaktach z więźniami zdarzało się, że  funkcjonariusze obozowi wykazywali jakieś odruchy człowieczeństwa.  Kierownik obozu Johann Schwarzhuber5 nazwany przez przewodniczącego Brytyjskiego Trybunału Wojskowego w Hamburgu lorda Russela of Liverpool arcymistrzem brutalności  skazany został przez ten Trybunał na śmierć w procesie załogi Ravensbrück  w lutym 1947 r., ale  – kiedy służył w Auschwitz -  jako jedyny z oficerów SS odważył się powiedzieć Hössowi w twarz, że nie po to wstępował do SS, by mordować Żydów. Bardzo przeżywał likwidację obozu cygańskiego, gdyż wielu Cyganów znał i cenił ich zamiłowanie do muzyki i był z nimi w dobrych stosunkach. Kiedy dotarł do niego rozkaz likwidacji obozu rodzinnego Żydów z Teresina w którym 70 dzieci za jego zgodą  urządziło sobie teatrzyk wykrzyknął : ale chyba nie dzieci !...  Gdy jego próby ratunku zawiodły wcielił wszystkie dzieci wraz z nauczycielami do obozu męskiego.

       Także skazani na śmierć przez Brytyjski Trybunał Wojskowy w Luneburgu i powieszeni w więzieniu Hameln w 1945 r. zbrodniarze-członkowie załogi Belsen, pracujący wcześniej w Auschwitz-Birkenau, znani z wyrafinowanego okrucieństwa jak dr Fritz Klein, Franz Hössler, czy niespełna 20-letnia Irma Grese – powieszeni za zbrodnie wojenne 13 grudnia 1945 r. w więzieniu Hameln6 -  w potoku ludobójczych działań mieli przebłyski ludzkich uczuć. Kiedy lagerführerin Maria Mandel wyselekcjonowała do gazu 315 kobiet i kazała je zamknąć w bloku 25, interweniował lekarz obozowy dr Fritz Klein na prośbę więźniarki-lekarki Olgi Lengyel  i pod pozorem symulacji choroby wypędził z bloku jeszcze tego samego dnia  31 więźniarek, twierdząc, że są całkiem zdrowe i tym samym uratował im życie.
      Opinię najlepszego lagerführera w Auschwitz miał wśród więźniów Franz Hössler. Z grupy wyselekcjonowanych do gazu wyciągnął więźniarkę, która go o to prosiła. Opiekował się 5-letnim Wołodią z baraku jeńców radzieckich, który nazywał Hösslera wujkiem  i kiedy chłopiec umarł, Hössler bardzo to przeżywał.
      Irma Grese, mająca na swoim sumieniu dziesiątki ofiar, które własnoręcznie uśmierciła i nazywana była przez więźniarki „Piękną Bestią” poinformowała ze zgrozą więźniarkę Polkę Antoninę Piątkowska, że Mandel z własnej inicjatywy posyła ciężarne więźniarki na śmierć w komorze gazowej lub do tzw.„szpilowania”.

      Także sama Maria Mandel jedne dzieci obdarowywała łakociami, a inne wpędzała na samochody kierowane do komory gazowej. Wiele podobnych wyjątkowych przykładów łatwo zapamiętali więźniowie, ale należy pamiętać, że to oni zarządzali selekcje i gorliwie w nich uczestniczyli.

      Szef krematorium w KL Auschwitz Otto Moll7, zwany przez więźniów „Cyklopem”, ponieważ miał jedno sztuczne oko, już od 1935 r. wyżywał się na więźniach w obozie w Oranienburgu. W KL Auschwitz uważał się za wybornego strzelca i dla zabawy przestrzeliwał członom Sonderkommando dłonie  - za jakieś drobne przewinienia. Zwoływał na takie spektakle swoich kolegów i z pewnej odległości popisywał się z reguły celnymi strzałami. By jednak miłośnikiem muzyki i kiedy zachorowała więźniarka Żydówka  Ester Bojarano nr obozowy 41948 wyciągnął ją z żydowskiego rewiru i przeniósł na polski i kazał ją troskliwie pielęgnować, aby nie stracić dobrej akordeonistki żeńskiej orkiestry obozowej.
      Wielu z nich topiło swoje rozterki w rozpuście lub alkoholu, a Schwarzhuber był tego najlepszym, niemal codziennym przykładem.  Prawie każdy z nich, z wyjątkiem może jednego Grabnera, robił niekiedy coś dobrego. I to było  najgorsze – mówiła na procesie Ella Lingens – Gdyby oni robili w Auschwitz zawsze tylko zło, wówczas rozumiałabym, że nie mogą inaczej, a mimo to w 999 przypadkach na 1000 decydowali się na robienie zła.

 

    Johann Schwarzhuber


dr. Fritz Klein

Franz Hössler

Franz Hoessler po aresztowaniu

 Irma Grese w więzieniu Celle w 1945 r.

Otto Moll

    Sadyści

        Czy wszyscy siedzący na ławie oskarżonych funkcjonariusze tego obozu byli sadystami ?  Czy załogi obozów koncentracyjnych składały się z samych sadystów ? Jeden z byłych więźniów, który po wojnie zajmował się naukowo tematyką obozów koncentracyjnych powiedział, że było by to fałszywe przekonanie.  Członkowie SS o sadystycznych skłonnościach byli kierowani na stanowiska dające im możliwość stałego kontaktu z więźniami i może dlatego ich obraz odcisnął się bardziej wyraźnie niż bezbarwny wizerunek wartowników pełniących służbę na wieżach obozowych, albo eskortujących komanda robocze.  Dla organizatorów masowej zagłady nie byli potrzebni fanatycy, zboczeńcy i sadyści – pisała Hannah Arendt – wystarczyli ludzie normalni pokroju pana Himmera.
      
Byli to  tacy ludzie, jakich widzimy na co dzień, pod względem wykształcenia, pochodzenia, panującej w Rzeszy mentalności kształtowanej przez nazistowska prasę, odpowiadali temu czego od nich oczekiwano, ludzie nauczeni spełniać dokładnie swoje obowiązki. Każdy z nich w Auschwitz spotkał się z perfekcyjnym aparatem masowej zagłady i bezpośrednio czy pośrednio wpadał w jego tryby.  Spośród 40-tu siedzących na ławie oskarżonych z całą pewnością nie można było przypisać sadystycznych instynktów Arturowi Liebehenschlowi, Karlowi Möcklowi, dr Johannowi Kremerowi, Hansowi Kochowi czy dr Henrykowi Münchowi.

     Sadystami byli natomiast ci, którzy wykazywali wewnętrzną potrzebę zabijania i pastwienia się nad ofiarami, a nie jedynie spełnianie rozkazów swoich przełożonych. Najwyższy Trybunał Narodowy podkreślił, że gdyby nie odczuwali potrzeby zabijania, to albo okazywali by więźniom współczucie, albo obojętność, ale nie znęcali by się nad nimi.

       Oto pierwszy z brzegu przykład -  Otto Lätsch, który wykończył trzech Żydów (byli to bracia) w sposób, który dawał mu powód do wyjątkowej uciechy. Polecił im mianowicie rzucać do siebie piłkę. Pod groźbą rozstrzelania wszystkich, nie wolno było jej upuścić. Gdy delikwent chwytał piłkę wówczas Lätsch strzelał do niego zabijając go na miejscu lub ciężko raniąc. Ostatniego z braci zabił strzałem w tył głowy.

       Wyjątkowym sadystą był Ludwig Plagge. O jego zamiłowaniu do „sportu” i rozkazach skakania jak żaba, pełzania, czołgania się, kręcenia wokół własnej osi pisałem szczegółowo w części pierwszej artykułu. W podziemiach bloku 11-go brał częsty udział w rozstrzeliwaniach więźniów, w zimie kazał polewać żywych więźniów wodą tak długo aż zamarzli. Kiedy podczas egzekucji jeńców radzieckich jeden z nich wzniósł okrzyk na cześć Stalina, Plagge wyrwał mu język, a potem zastrzelił. Więźniów bił stale ręką, kijem, drągiem, kopał, szczuł psami. Opisałem wcześniej sadystyczne przykłady zachowania się Muhsfelda, Grabnera i  Aumeiera. Ten ostatni przezywany przez więźniów „Łokietkiem” lub „Kucykiem” ze względu na niski wzrost i „Patefonem” z powody krzykliwego głosu i ciągłego powtarzania swoich sloganów szczególnie lubił bić więźniów silnych i wysokich i odczuwał ogromną satysfakcję, gdy więźnia swoim „ciosem” powalił  na ziemię. Aby sięgnąć do ich twarzy musiał podskakiwać. Więźniowie najczęściej więc sami upadali, ale z uczuciem grozy obserwowano, jak Aumeier usiłował sięgnąć pięścią do twarzy więźnia skazanego na śmierć, a następnie czynnie pomagał w powieszeniu więźnia.

 Otto Lätsch

 Hans Aumeier

 Maksymilian Grabner

                

       W procesie krakowskim największy materiał dowodowy obrazujący wyrafinowane okrucieństwo zebrano przeciwko Marii Mandel. Cały 56 i połowa 57 tomu akt procesu są  wyłącznie jej poświęcone. Mowa tam o  zarządzanych  przez nią selekcjach, wielogodzinnych apelach nagich więźniarek na mrozie podczas akcji odwszenia w czasie których to apeli ¼ stanu więźniarek umierała.  Była ona w obozie postrachem wszystkich więźniarek, gdyż biła, kopała katowała na każdym kroku i bez umiaru. Zapamiętała ją z KL Ravensbrück, w którym do lipca 1942 r. Mandel była Oberaufseherin, bochnianka dr Urszula Wińska i sporo miejsca poświęciła jej w rękopisie przekazanym do archiwum Stowarzyszenia Bochniaków : [Mandel] była kobietą urodziwą, młodą, nie przekroczyła 30-stki. Wysoka, dobrze zbudowana, wysportowana. Zawsze w dobrze dopasowanym mundurze, w furażerce na głowie, w białych rękawiczkach. Twarz o regularnych rysach, nadęta dumą i złością. Często ją widywałam. Ze strachem odsuwałyśmy się na bok a jej to sprawiało satysfakcję. Dumnie podnosiła głowę i z pogardą patrzyła  na więźniarki. Czy była sadystką ? Na pewno tak, ale jej sadyzm, wydaje mi się miał dodatkowe podłoże. Mandel była upojona swoją władzą. Zawsze ukazywała się w całej swojej gali łącznie z rękawiczkami. Dręczenie i maltretowanie więźniarek upewniało ją w tej ważności.  

      Do aktach sprawy karnej dołączono wspomnienia więźniarki Heleny Tyrankiewiczowej z Ravensbrück, która tak ją charakteryzuję : Mandel – rasowe giętkie, sprężyste, śliczne dzikie zwierzę, zawsze rozwścieczona, pantera złotowłosa o oczach błyszczących żądzą mordu, ryś, umiejący niepostrzeżenie zajść którędyś od tyłu, gdzie go się nikt nie spodziewał i walić na ziemię jednym ciosem małej, ale jak stal twardej ręki...Oczy Mandel świeciły jak fosfor w ciemności, białe spiczaste zęby zaciskały się zawzięcie, a głos podniesiony do wysokiego falsetu ciskał słowa jadu, nienawiści, wzgardy. Za co biła, kopała, przewracała ? Za kurz na obuwiu, za odwrócenie głowy, za obcieranie nosa. Bicie w paroksyźmie wściekłości sprawiało jej przyjemność i widocznie było dla niej środkiem pielęgnowania piękności, bo po każdej takiej egzekucji, selekcji do komór gazowych stawała się jeszcze piękniejsza, mięśnie, których grę widać było przez bajecznie uszyte, a niesłychanie obcisłe ubranie, chodziły jak żywe węże, zielonkawe oczy świeciły jak gwiazdy, delikatny róż twarzy nabierał żywości, nawet złote włosy zdawały się bardziej błyszczeć. Mandel czyli Migdał najczęściej wpadała między Żydówki i urządzała istny pogrom.

      Przesłuchiwane w czasie procesu więźniarki obozów Ravensbrück i Auschwitz-Birkenau opowiedziały przed Trybunałem jak biła Mandel. Posiadała straszliwą siłę ciosu pięścią i miała specjalny perfekcyjny sposób bicia.  Uderzała przeważnie pięścią z dołu i biła w twarz (w szczękę lub między oczy) albo w podbrzusze zarówno kobiety jak i mężczyzn. Po takim uderzeniu wypadały zęby, łamały się szczeki. Niemal od razu po pierwszym ciosie ofiara padała na ziemię, a wówczas Mandel w furii kopała ofiarę bez opamiętania, zadając ciosy fachowo w najboleśniejsze miejsca  i do utraty przytomności ofiary. Gdy z ust ofiary i zadanych ran zaczęła płynąć krew, a ofiara przestawała się poruszać Mandel przytomniała i nasycona biciem  odchodziła rozpłomieniona i upojona.
     Zanim zdobyła stanowiska w żeńskiej strukturze obozów koncentracyjnych w Ravensbruck, a pół roku później w Auschwitz-Birkenau zdobywała doświadczenie w katowskim rzemiośle od 1938 roku w Lichtenburgu i Ravensbrück, gdzie awansowała na  kierowniczkę bunkra czyli obozowego więzienia. Wprowadziła ceremoniał bicia ofiary, który był dodatkową torturą dla delikwentki. Jedna z jej ofiar zeznała: Powoli wyjmowała z kieszeni białe zamszowe rękawiczki, przyglądając się uważnie więźniarce, wciągała je bez pośpiechu na wielkie ręce i dopiero wtedy zaczynała walić, Biła w tył głowy nad karkiem, albo poziomą dłonią w noc między oczy. Mało kto wytrzymał stojąc. Nierzadko krew tryskała na białe rękawiczki, ale Mandel tym się nie przejmowała. Całe tuziny innych miała w swojej obozowej willi. Aufseherki bały się Mandel nie mniej od nas. Biła je także po twarzy. 

      Naruszała godność kobiecą.  Kazała mężczyznom (więźniom) golić kobietom owłosienie na całym ciele i lubiła się temu przyglądać. Nienawidziła kobiet posiadających przedziałek we włosach, kobiet o kędzierzawych włosach i wszelkich symboli religijnych, a zwłaszcza medalików z Matką Bożą. Zrywała je i kazała więźniarkom wdeptywać je w błoto lub wrzucać do dołu kloacznego. Na każdym kroku lżyła Polki wyzwiskami w rodzaju : Sauhunde (Świńskie psy), Polnische Schweine, Polnische Banditen, Misthaufen (Kupa gnoju) i szczuła psami8.

Maria Mandel 

      Przykładów sadyzmu z KL Auschwitz można podać jeszcze kilkaset, ale może warto zakończyć słynną „Huśtawką Bogera”. Wilhelm Boger sądzony w III procesie załogi KL Auschwitz w 1965 r. we Frankfurcie nad Menem wymyślił prostą konstrukcję huśtawki, do której przywiązywano więźnia za nadgarstki i nogi i po pewnej chwili z huśtającego się i jednocześnie bitego człowieka utworzyła się zakrwawiona, bezkształtna masa. Boger skazany został w tym procesie w NRF na dożywocie i zmarł w więzieniu w 1977 roku. Jego wnuczka opowiadała po latach, że kiedy przywieziono transport żydowskich dzieci, a jedno z nich miało w ręku jabłko, Boger chwycił dziecko i uderzał je tak długo głową w mur, póki nie umarło. Potem podniósł z ziemi leżące jabłko, wytarł je rękawem i zaczął ze smakiem zajadać.

Wilhelm Boger

Wilhelm Boger

Huśtawka Bogera

 Irma Grese i Josef Kramer – bestie z KL Auschwitz i KL Belsen

       Schadenfreude

       Niemieckie określenie schadenfreude oznacza radość z cierpienia i upokorzenia ofiary. To niemieckie określenie nie ma odpowiednika w żadnym innym języku. Schadenfreude to szczególna forma sadyzmu.  Taki właśnie przypadek opisała więźniarka Leokadia Fac : Kiedy podczas apelu był ulewny deszcz  Mandel mówiła do więźniarek szyderczo : „Ładna pogoda – prawda ? Warto abyście postały trochę na powietrzu”  i kazała stać godzinami na deszczu i zimnie boso w lekkich sukienkach, co ciężkiej całodziennej pracy, zabierając nam tak drogie chwile naszego wypoczynku Oskarżona  Hildegard Lachert zwana „Krwawą Brygidą” potrafiła zabłocona pałką przeprowadzać badania ginekologiczne więźniarek „w poszukiwaniu” ukrytej biżuterii.

      W Auschwitz ks. Kowalskiego  nr obozowy 17 350 wrzucono do beczki z fekaliami głową w dół  i tak go uśmiercono 4 lipca 1942 roku, za to, że nie chciał podeptać różańca  Wiele przykładów schadenfreude zapamiętał z obozu Sachsenhausen red. Aleksander Kulisiewicz pochodzący z Wiśnicza9 : W karnym komandzie maszerowaliśmy po kilkanaście godzin. Był późny listopad. Żarcie wlewano nam w marszu do czapek, a był już wówczas cholerny mróz. Gdy czapki mieliśmy pełne jedzenia esesmani dla zabawy rozkazywali : Mutzen auf ! Ludzie wkładali czapki na głowy, zupa spływała na kołnierz, grzała po plecach, a potem zamarzała. Wszystkie czynności fizjologiczne spełnialiśmy również w marszu. Mocz parzył nam uda i wraz z kałem kostniał i zlodowaciałe ekskrementy wrzynały się pełne wrzodów ciało, lecz cały czas musiały z naszych ust rozbrzmiewać buńczuczne szwabskie piosenki 9.   Mieczysława Chylińska z bloku położonego naprzeciw jednego z krematoriów w Birkenau widziała proceder wrzucania żywcem dzieci i starców do dołów na spalenie. Każdy dzień procesu przynosił wstrząsające relacje o przykładach sadystycznych wzruszeń oskarżonych  

      Dużą uciechę sprawiało schwytanie więźnia, który podjął próbę ucieczki. Schwytani nieszczęśnicy stali po prawej stronie bramy obozowej, kiedy wchodziły i wychodziły więźniarskie komanda, a na zawieszonej na szyli tablicy znajdował się szyderczy napis : Hurra ! Ich bin wieder da ! (Hurra, znowu tutaj jestem), a obok stali skierowani do obozu i okrutnie pobici rodzice syna lub jego rodzeństwo.

 

 Luise Danz i Hildagard Lachert

 Aleksander Kulisiewicz z Wiśnicza b.więzień obozów koncentracyjnych

Żołnierze Hitlera

      Ideowość i gorliwość w wypełnianiu obowiązków wobec Rzeszy Niemieckiej miała jednak swoje granice. Tam gdzie chodziło o wypełnianie zbrodniczych rozkazów mordowania „wrogów Rzeszy” funkcjonariusze obozów prześcigali się w gorliwości. Praca w tych miejscach stwarzała różne pokusy jak łatwość bogacenia się,  nawiązywanie intymnych stosunków z „wrogami Rzeszy” i łamanie ustaw norymberskich.  Szczególnie surowo było zabronione sięgania po dobro zamordowanych : Kto weźmie choćby markę jest już martwy – groził Himmler.  Zabroniony był jakikolwiek kontakt osobisty z więźniarkami. Mimo to istniała korupcja, bogacenie się kosztem Rzeszy, utrzymywano intymne stosunki z więźniarkami. Do wykrywania takich patologii w obozach koncentracyjnych powołana została komisja specjalna na której czele stanął sędzia SS dr Konrad Morgen 10.  Na 800 prowadzonych spraw w 200 przypadkach postępowanie komisji zakończyło się wyrokami skazującymi.  Komendant Buchenwaldu i Majdanka  Karl Koch (mąż osławionej Ilsy kolekcjonerki abażurów z ludzkiej skóry) został skazany na śmierć przez sąd  SS i rozstrzelany w kwietniu 1945 r. komendanci Majdanka Florstedt, Hackmann, Kuenstler zostali skierowani do karnej kompanii. W kilkudziesięciu przypadkach esesmani z Auschwitz skazani zostali na kary ciężkiego więzienia. Na terenie Auschwitz-Birkenau w kradzieży mienia uczestniczył nawet sam komendant Hoss i Maksymilian Grabner.

       Wykryto wiele przykładów naruszania ustaw norymberskich (Rassenschande) przez  funkcjonariuszy obozu i utrzymywanie intymne stosunki z więźniarkami. Największą  sensację wzbudził przypadek osławionego kata z bloku 11-go Gerharda Palitzscha, „prawej ręki” Hőssa, wysportowanego blondyna, którego żona zmarła na tyfus plamisty w 1942 r. po zarażeniu odzieżą ukradzioną przez męża z „Kanady”. Palitsch rozpaczał, rozpił się i oddał rozpuście z nadzorczyniami. Nie skończyło się tylko na tym. Palitsch11 zakochał się w Cygance z obozu cygańskiego Verze Luca. W dowód wdzięczności ustanowił ją blokową bloku dziecięcego i obsypywał prezentami.  Jej wcześniejszy kochanek niemiecki kryminalista zastał go pewnego razu in flagranti z piękna Verą i doniósł do obozowego gestapo. W czasie śledztwa okazało się, że Palitsch miał także kochankę Żydówkę Katję Singer, dzięki uczuciu jakim darzył ją Palitsch uratowała wiele więźniarek. Skazany na karę bunkra siedział z Polakami, którzy kiedyś przed nim drżeli. Głodny żebrał u współwięźniów o chleb. Podobno został wykluczony z SS, zdegradowany, skierowany do specjalnej jednostki i zginął w grudniu 1944 r. w walkach o Budapeszt. Inni twierdzą, że skazany został przez sąd SS na 11 lat więzienia. Po wojnie siedział w więzieniu Oschatz na terenie okupowanych Niemiec i tam rozpoznany przez b. więźniów KL Auschwitz został zlikwidowany, podczas zorganizowanej w tym celu „rzekomej” ucieczki.

     Inny zbrodniarz, wspomniany Wilhelm Boger zabił więźniarkę Polkę, aby zatrzeć ślady miłosnych przeżyć. Sam Rudolf Hoss chociaż mieszkał z rodziną w Oświęcimiu miał w obozie żydowską kochankę więźniarkę Eleonorę (Norę) Mattaliano-Hodys - „brylantową Norę”, która przynosiła z „Kanady” biżuterię do willi Hössa. Kiedy zaszła w ciążę poddano ja zabiegowi aborcji. Höss chciał ją uśmiercić i umieścił w celi do stania bez jedzenia. Została jednak stamtąd wyciągnięta, sąd  SS wszczął dochodzenie przeciwko Hössowi, ale przełożony Hossa Oswald Pohl zbagatelizował całą sprawę.  Także nadzorczynie obozowe narzucały się więźniom szukając różnych okazji, a Maria Mandel utrzymywała intymne stosunki erotyczne nie tylko z Irmą Grese, ale także z więźniarką Juliettą von Pfaffenhofen.

 

Gerhard Palitzsch

Rudolf Hoss

Arytmetyka śmierci

      Niepowodzenia III Rzeszy na frontach i konieczność zwiększenia produkcji zbrojeniowej wymusiła zmianę priorytetu eksterminacji na eksploatację. Chodziło o zachowanie życia i sił więźniów do zwiększonej pracy dla III Rzeszy. Wyrazem tego był okólnik naczelnego lekarza obozów koncentracyjnych dr Enno Lolliga do lekarzy garnizonowych SS w którym domagał się ograniczenia śmiertelności w obozach.

     Kiedy nowy standortarzt w Auschwitz-Birkenau dr Eduard Wirths12 pojawił się w obozie Maksymilian Grabner zażądał od niego zgody na zabijanie ciężarnych Polek. Wirths żądanie to odrzucił jako sprzeczne z etyką lekarską. Zrodził się ostry konflikt pomiędzy Wirthsem a Grabnerem, do którego Höss nie chciał się włączać. Okólnik Lolliga mógł być wygodny dla Wirthsa, ponieważ mógł on przeciwstawić się masowym zbrodniom popełnianym przez Grabnera na bloku 11 bez zarzutu, że sprzyja więźniom.

dr Eduard Wirths

    Wirths jako naczelny lekarz Auschwitz analizując sprawozdania ze śmiertelności doszedł do ciekawego wniosku.  Jeśli  dziennie było 10-15 zgonów, a pewnego dnia liczba zgonów wzrosła do 75, to łatwo mógł się domyślić, że w tym dniu dokonano ok. 60 zabójstw. Szef Politische Abteilung  Grabner dysponował więzieniem w piwnicach bloku 11, gdzie rozstrzeliwano więźniów  pod „ściana śmierci” między blokami 10 i 11. Był jednak na tyle sprytny, że rozstrzelanych pod ścianą śmierci zgłaszał jako przeniesionych do rewiru. Ponadto tygodniowe sprawozdania nie dawały jeszcze wystarczającego dowodu. „Odkurzanie bunkra” organizował przecież Grabner z Aumeierem w każdą sobotę. Jedynym mocnym dowodem mogła być księga zmarłych.  Wpisywano w niej zmarłych, diagnozę i godzinę ich śmierci. Wirths zauważył, że przy zmarłych z bloku 11 nie było ani kart gorączkowych, ani historii choroby.

    Śledztwo w sprawie masowych zabójstw w obozach nie było jednak dozwolone. Wszak Hitler wydał ustny rozkaz zagłady Żydów. Czy zatem możliwe było postawienie Grabnera przed sądem SS  ? Sprawą tą zajął się sędzia sądu SS dr Konrad Morgen. Sąd ten miał  badać tylko sprawy z zakresu korupcji oraz działań wykraczających poza „generalną linię” (chodzi tutaj o samowolne zbrodnie). Meldunki z wielkich akcji gazowania Żydów pod kryptonimem „SB” (Sonderbegandlung) wysyłane były do Berlina, gdyż życzyła sobie tego centrala.  Natomiast rozstrzelanych pod ściana śmierci Grabner  nie oznaczał tym kryptonimem, a na dodatek kazał wpisywać, że zmarli oni śmiercią naturalną. Pod ścianą śmierci rozstrzeliwano głównie Polaków, a więc rozkaz  zagłady Żydów wydany przez Hitlera do nich się nie odnosił.

     Te wszystkie wątpliwości  rozstrzygnął sędzia dr Konrad Morgen i wszczął postępowanie karne. Miał w ręku mocny materiał dowodowy. Równolegle wszczęte zostało dochodzenie o korupcję. Zakwestionowano bowiem paczkę wysłaną przez pewnego esesmana z Auschwitz. Znaleziono w niej trzy bryłki złota. Jedna miała wielkość pieści, dwie pozostałe były mniejsze.  Odpowiadało to 100 000 zwłokom, od których mogły pochodzić. Nieoczekiwany pożar bloku Politische Abteilung w którym specjalna komisja zgromadziła skarby znalezione w szafkach esesmanów i inne dowody mógł wskazywać na udaną próbę zniszczenia dowodów.

      Po zebraniu interesujących dowodów sędzia Morgen aresztował Grabnera w październiku 1943 r. pod zarzutem bezprawnego zamordowania 2000 więźniów13.  Do upadku Grabnera przyczynił się także on sam, bowiem zbierał „haki” na kolegów oraz komendanta Hössa i mówił im o tym, aby podnieść swój prestiż w obozie.  Rozprawa przed sądem SS w Weimarze, wielokrotnie odraczana zakończyła się wyrokiem 12 lat więzienia dla Grabnera, który był już tylko wrakiem człowieka.  Można jednak postawić pytanie, czy Rudolf Hoss mógł nie wiedzieć o rozstrzeliwaniach pod „ścianą śmierci” ? Odpowiedź przyszła niecały miesiąc po aresztowaniu Grabnera. Rozkazem nr 50/43 z 11 listopada 1943 r. Artur Liebehenschel zastąpił na stanowisku komendanta obozu Rudolfa Hossa, który awansował na kierownika oddziału w centralnym zarządzie obozów koncentracyjnych. Odwołany został szef gestapo z Katowic dr Rudolf Mildner, który przyjeżdżał do Auchwitz, aby przewodniczyć osławionemu sądowi doraźnemu na bloku 11. Awansował on na kierownicze stanowisko w Danii. Dr Entress, który krył działania Grabnera objął stanowisko standortarzta w Mauthausen. Hans Aumeier, który wraz z Grabnerem organizował „odkurzanie bunkra” już w sierpniu 1943 r. na wniosek Hössa poszedł na stanowisko komendanta obozu Vaivara w Estonii.

Przypisy :

 

1   Czesław Jaszczyński urodził się w Bochni 12 lipca 1917 r. syn Michała i Rozalii zd. Kopacz, absolwent Gimnazjum i Liceum im. Króla Kazimierza Wielkiego w Bochni, z zawodu kupiec, pracował także w cyrku w Berlinie. Po wybuchu wojny działał w bocheńskiej konspiracji młodzieżowej Tadeusza Lecha i Włodzimierza Podgórca „Związek Walki o Wolność Polski”. Aresztowany 3 sierpnia 1940 r. w Bochni przy ul. Czackiego razem z bratem Romanem w trzeciej fali aresztowań bocheńskiej młodzieży znalazł się w więzieniu Montelupich, a od 8 października 1940 r. w obozie Auschwitz. Od 30 października 1944 r. w obozie Sachsenhausen. Po wojnie mieszkał w Wałbrzychu, a następnie w Bochni przy ul. Gołębiej. Pracował w spółdzielczości. Zmarł w Bochni i pochowany został na cmentarzu komunalnym w Bochni.

2   Stanisław Mucha (1895-1976) ur. w Olszówce, uczył się w Okulicach, Łapczycy, nast. w Bochni, absolwent Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego w Bochni, żołnierz  II,  III Brygady Legionów Polskich .(zob. artykuł Janiny Kęsek  Bracia Muchowie W.B nr 2-3/2008 ), a od kwietnia 1915 r. 4 pułku piechoty Legionów Polskich,  fotograf  legionowy, absolwent Wydziału Prawa UJ, pracował jako fotograf dla „Nowości Ilustrowanych”, IKC, „Światowida”, dokumentalista prac konserwatorskich na Wawelu, Uniwersytecie Jagiellońskim, w synagodze na Kazimierzu, Sukiennic, wieży ratuszowej i krakowskich kościołów. Fotografował kopalnie soli w Wieliczce i Bochni. Z okazji zjazdu esperantystów ukazał się jego album fotograficzny „Ziemia Bocheńska”. Od 1928 r. był właścicielem pracowni fotograficznej w Krakowie przy ul. Jabłonowskich 20. Szczególnie uznany jako specjalista w fotografii panoramicznej. Od września 1939 r. w  Rumunii. Nielegalnie przedostał się do Krakowa. W czasie okupacji i po wojnie wydawał kartki pocztowe. Znane był powojenne miniaturowe albumy i pamiątki z Krakowa i obrazki dewocyjne, którymi handlowano spod lady w zaprzyjaźnionych sklepach i bazarach. W 1945 r. wykonał fotograficzną dokumentację obozu Auschwitz. Od 1952 r. w Polskim Związku Fotografików. W 1970 r. otrzymał Dyplom Międzynarodowej Federacji Sztuki Fotograficznej. Zmarł w 1976 r. i pochowany został na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

3   Brama z napisem „Arbeit Macht Frei” (Praca przynosi wolność) wykonana została przez pierwszych więźniów w czasie budowy obozu.  Napis był jeszcze jednym kłamstwem sugerującym, że jeżeli więźniowie będą dobrze pracować, to odzyskają wolność. Więzień przygotowujący napis postanowił dokonać niewielkiego sabotażu i literkę „B”  w słowie „ARBEIT” odwrócił, a Niemcy do końca istnienia obozu nie dostrzegli znaczenia tego przekrętu.

4   Władysław Siwek (1907-1983) urodzony w Niepołomicach. Uczył się w Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego w Bochni , a następnie w Krakowie, gdzie zdał maturę. Odbył służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy Piechoty w Krakowie, pracował  jako adjunkt w Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych, ale kontaktów z Bochnią nie zerwał.  Już przed wojną  ilustrował  „Atlas Fauny słodkowodnej Polski – Ptaki” Aresztowany przez Niemców już od 1940 r. przebywał w obozie Auschwitz. Talent do rysunku pozwolił mu przeżyć. Pracował w komandzie malarzy (Malarei). Pod koniec wojny wywieziony do Oranienburga pod Berlinem. Po wojnie przez pewien czas przebywał w obozie dipisów. Do Polski powrócił w 1947 roku. Nawiązał w współpracę z Państwowym Muzeum w Oświęcimiu-Brzezince i wykonał z pamięci wiele obrazów przedstawiających sceny z obozu w rysunku i akwareli. Uczestniczył w procesie załogi Auschwitz-Birkenau w Krakowie w 1947 r. jako rysownik-karykaturzysta. W 2000 r. ukazał się staraniem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau album przedstawiający twórczość Władysława Siwka p.t. „Kiedyś to namaluję. (zob. także : art. Antoni Siwek. Gdybym nie malował ... - Wiadomości Bocheńskie nr  1 (45) 2000)  

5   Johann Schwarzhuber, członek SS i NSDAP, służbę rozpoczął w 1933 r. w Dachau jako wartownik. Od 1938 r. jako Rapportfuhrer w KL Sachsenhausen, od marca 1942 r. do listopada 1944 r. kierownik obozu męskiego w KL Auschwitz, następnie w KL Dachau-Kaufering i od stycznia 1945 r. był komendantem (Lagerfuhrerem) obozu w Ravensbruck, aż do wyzwolenia 29 kwietnia 1945 r. W pierwszym procesie załogi KL Ravensbrucki toczącym się w Hamburgi od grudnia 1946 do lutego 1947 r. skazany został 3 lutego 1947 r. na karę śmierci. Powieszony w więzieniu Hameln 3 maja 1947 r. o godzinie 9.01.

6   Pierwszy proces 45 funkcjonariuszy załogi KL Belsen odbył się od 17.10.do 17.11.1945 r. w Luneburgu. Na karę śmierci skazano 11 zbrodniarzy, których powiesił w więzieniu Hameln brytyjski kat Albert Pierrepoint. Wśród powieszonych byli: dr Fritz Klein, Franz Hossler i Irma Grese.

7    Otto Moll, kierownik Sonderkommando w KL Auschwitz.

8.   Zeznania więźniarek : Józefy Węglarskiej, Marii Gątkiewicz, Marii Żumańskiej, Antoniny Piątkowskiej, Marii Busiowej, Marii Liberak, Haliny Roszkowskiej, Juli Wrotniak, Kazimiery Hytrej. Kapo Joanny Waltemade.

9  S. Kobiela – Człowiek-legenda (O Aleksandrze Kulisiewiczu) [w: „Wiadomości Bocheńskie” nr 1 (61) 2004],

10  Dr Morgen był świadkiem oskarżenia w III procesie załogi Auschwitz-Birkenau we Frankfurcie nad Menem w 1964 r.

11  zob. artykuł: Zakochany zbrodniarz, Odkrywca nr 1/2002 (wersja internetowa).

12  dr Eduard Wirths członek SA, NSDAP, naczelny lekarz SS-Totenkopf w Dachau, Neuengamme,  Auschwitz-Birkenau, Mittelbau-Dora, przeprowadzał badania nad rakiem szyjki macicy. Oddawał liczne usługi dla obozowej konspiracji AK. W lecie 1945 r. dobrowolnie oddał się w ręce Brytyjczyków. 20 września 1945 r. popełnił samobójstwo  więzieniu.

 

                                                                                                                                       C.D.N.



 

 


Back to top