Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button
 

Proces załogi KL Auschwitz-Birkenau w Krakowie w 1947r. część VII. 

 Wyrok

Przemówienia prokuratorów

       Po zakończeniu postępowania dowodowego głos zabrali prokuratorzy. Prokurator NTN dr Tadeusz Cyprian nawiązał do ostatnich słów Rudolfa Hőssa, który przyznał, że prowadził akcję eksterminacji Żydów, że za to musi odpowiadać, ale nie wiedział nawet w małej części o licznych, samowolnych działaniach swoich podwładnych. Obciążył ich odpowiedzialnością za przekraczanie rozkazów i zakazów, za popełnianie zbrodni z własnej inicjatywy. Wołał:

Dziś na ławie oskarżonych zasiadają właśnie ci jego podwładni i  powtarza się widowisko tak dobrze znane w tego typu procesach. Są zbrodnie, ale nie ma sprawców. Każdy z siedzących na ławie oskarżonych przyznaje, że może w obozie kogoś pobito, a nawet zabito, ale zawsze robił to ktoś inny, a był nim najczęściej ten, który już nie żyje. Są sprawcy, ale bezimienni. Brali udział  w organizacjach przestępczych:  NSDAP, SS i grupie przestępczej, której na imię – obóz koncentracyjny Oświęcim. Wszyscy oskarżeni wstąpili do tych organizacji dobrowolnie, nie było przymusowej rekrutacji. Oskarżone kobiety , chociaż nie były sensu stricto członkiniami SS, to jako SS-frauen, umundurowane i pełniące służbę w obozach koncentracyjnych uznane były za członków SS na podstawie kontraktu – czyli dobrowolnie.


      Następnie  przedstawił  podstawy  prawne  karania zbrodniarzy hitlerowskich w Polsce tj.  statut  Trybunału Norymberskiego i Wyrok Norymberski przyjęty przez ONZ w grudniu 1946 r. oraz polski dekret o wymiarze kary
dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy. Pozostali prokuratorzy dokonali analizy czynów przestępczych i winy poszczególnych oskarżonych. Podsumowując prok. Stefan Kurowski stwierdził:

Czekaliśmy,  że w obliczu tak strasznych oskarżeń ruszy ich sumienie, czekaliśmy na odruch szlachetności, lecz nikt się na to nie zdobył. Do końca nie wykazali potworności swych zbrodniczych czynów. Dlatego też wnoszę o surowy wymiar kary. Nie zasługują  oni na żadną litość, bo winni są nie tylko kary lecz i pogardy.

Prokurator Szewczyk  uzasadniając winę oskarżonych kobiet  nazwał oskarżoną Marię Mandel “Aumeierem obozu kobiecego”. Była godzina 23.30 kiedy rozprawę niedzielną zakończono.

 

     

             

           Od lewej: Artur Liebehebschel, Maria Mandel, Hans Aumeier, Carl Mockel

             

             Od lewej: Therese Rosi Brandl, Alice Orlovsky, Luise Danz, Hildegard Lachert

Prasa o procesie

       Zainteresowanie procesem załogi KL Auschwitz w Krakowie było ogromne w kraju i zagranicą.  Podtrzymywała je prasa w codziennych, w większości sensacyjnych relacjach z procesu, a także ukazujących się co pewien czas reportażach przedstawiających szersze tło zbrodni ludobójstwa i okoliczności w jakich je popełniano. Dziennikarze opisując zbrodnie popełniane w obozie sporo miejsca poświęcali oskarżonym opisując ich wygląd i zachowanie się podczas wielogodzinnych rozpraw.
       Największe zainteresowanie budziła niezmiennie krwawa komendantka obozu kobiecego osławiona Maria Mandel. “Życie Warszawy” w artykule Upiór Oświęcimia przed sądem. Bestia w ciele pięknej kobiety. Od sportu do zbrodni określiło ją jako kobietę o wielkiej, fascynującej urodzie. Podobnie Michael Gordey w artykule Echoes from Auschwitz” w  “New Republic”  z 22 grudnia 1047 r.:

The famous commander of the women of the camp, blond once pretty Maria Mandel.

       Andrzej Wydrzyński w artykule “O zmroku na sali rozpraw” (“Trud” z 24 grudnia 1947 r. ilustracje: Bogusław Górecki) ironizował:

Łkająca Maria Mandel na podkrążone oczy, można się zakochać, bo jest piękna, czysta i niewinna.
Zresztą wierzy w Boga.

       Inaczej przedstawia ją S. Portasionek w artykule Potwory w ludzkim ciele (“Wolność” nr 280 (983) z 14 grudnia 1947 r.) uznając widocznie, że odrażających czynów nie może popełniać piękna kobieta:

Oto siedzi Maria Mandel. Jej nalana, mięsista twarz wywołuje wstręt i obrzydzenie. Chciwość,namiętność  do zysków pociągnęły ją do obozu koncentracyjnego. Praca w więzieniach w Lichtenburgu i Ravensbrűck przypadła do jej zwyrodniałego gustu.

      W podobnym tonie wypowiada się “Trybuna Dolnośląska” (30.XI.1947 r.) i Głos Robotniczy (10.XII.1947 r.) w obszernym artykule “Wrażenia z procesu krakowskiego” w początkowej fazie procesu.  Poświęcają jej cały rozdział zatytułowany “Miss Oświęcimia”:

Specjalne zainteresowanie  wzbudzają  kobiety. Głównie osławiona Mandel. Z  tą  ociężałą  blondyną o tępej, zdegenerowanej  twarzy  ulicznej  dziewczyny, okrutnych,  grubych  wargach i bezczelnych oczach łączą się straszne  opowiadania  świadków. Opowiadają  oni  o  orgiach  pijackich  i  bagnie  zgnilizny  moralnej,  jakie panowało u Mandel. Dziś Mandel próbuje się wykręcać. Ma głos typowy,ochrypły i dziwnie bezdźwięczny. Ale bezczelność jej nie opuszcza. Wzrusza ramionami i ziewa, gdy słyszy swoje nazwisko wymieniane przez świadków. Któżby odgadł w tej kobiecie o regularnych rysach, łagodnej twarzy i niebieskich oczach patrzących jakby ze zdziwieniem - sadystkę i morderczynię. Po zakończeniu zeznań świadków Mandel prosi o głos. Wstaje, poprawia ręką włosy i przeciska się do mikrofonu. Pozostali Niemcy dwornie wychodzą z ławy oskarżonych, aby zrobić  miejsce dla  tej rosłej, jasnowłosej dręczycielki setek tysięcy kobiet  i  dzieci. Na  zapytanie  prokuratora czy przyznaje się do winy odpowiada, że jest najzupełniej niewinna. Po odpowiedzi rozbrzmiewa głośny śmiech publiczności. Mandel wcale nie jest ani piękną ani posągową (vide: Szmaglewska-Dymy nad Birkenau), ot taka sobie samica w niemieckim wydaniu   -   typowa kelnerka  z  drugorzednej  Bierstube. Denerwuje się  i  dostaje wypieków,  uważnie  śledzi  przebieg  procesu. Liebehenschel czyni  wrażenie  degenerata, narkomana.  Inni kandydaci do stryczka Grabner i Aumeier są otępiali.

       Krystyna Żywulska była więźniarka KL Auschwitz-Birkenau w artykule Z naszej perspektywy w tygodniku “Wolni Ludzie” nr 17 zamieściła fotografię uśmiechającej się do Liebehenschla Marii Mandel z pierwszych dni procesu, kiedy na sali rozpraw przesuwał się pochód szkieletów, niedoszłych jej ofiar, zeznających o grozie oświęcimskich "Knochen-muhle" (młynów kości) W tym samym tygodniku (nr 18) Mieczysław Kieta w  reportażu “Krakowska Norymberga” pisze pod koniec procesu:

               

Ława oskarżonych w obliczu wstrząsającej wymowy zeznań świadków reagowała typowo poniemiecku – tupetem, bezczelnością lub płaczliwą pokorą. Najbezczelniej zachowywał się Aumeier, którego ton pytań do “panów świadków” lub sprostowań nie wiele różnił się od tonu w jakim przemawiał do więźniów w obozie. Krwawy szef oddziału  politycznego Grabner już po kilku dniach postępowania dowodowego załamał się. 
Liebehenschel płaczliwym  i załamującym się głosem daremnie próbował wmówić w Trybunał, że jego zarządzenia zamieniły obóz zagłady w  "sanatorium”. Stos dokumentów podpisanych własnoręcznie przez oskarżonego jako zastępcy szefa “Urzędu D 1” zdemaskowały w zupełności jego rzekomą dobroć.  Oskarżona Mandel w miarę jak rosły potworne zarzuty coraz niżej  opuszczała głowę. Czerwone wypieki na twarzy świadczyły o najwyższym zdenerwowaniu.Już po kilku dniach  zrezygnowała z wyjaśnień obliczu niedalekiej i beznadziejnej przyszłości.

           

            W pierwszym rzędzie od lewej : Artur Liebehenschel i Maria Mandel
            W drugim rzędzie od lewej: dr Johann Kremer i dr Hans Munch

           

Mieczysław Kieta kończy swój artykuł ważnym stwierdzeniem:

Świadkowie przyzwyczajeni do bezprawia, które ręka w rękę szło ze śmiercią ulicami obozu, z  niemałym trudem musieli się wdrożyć w formułę postępowania prawnego. Ilość doznanych krzywd zmuszała do wyrzucenia z siebie wszystkiego, całej prawdy nie tylko personalnych zarzutów pod  adresem oskarżonych, ale  do oskarżenia ze system, za  metody, za ogólne  warunki. Oskarżenie nie  kończyło  się  na galerii sądzonych  przestępców,  ale godziło  ono naród, który przyjął zbrodniczą  ideologię, który przeciw  niej nie protestował, który  dopuścił  wreszcie do  rozwoju technicznych środków jej przemocy.

Głos obrony

        Po wystąpieniu oskarżycieli głos zabrali obrońcy oskarżonych: mec. Mieczysław Kosek bronił Liebehenschla, Gőetzego i Schrődera, mec. Stanisław Druszkowski – dr Müncha, Grabnera, Lätscha i Buntrocka, mec. Stefan Minasowicz – Hansa Aumeiera, Antona Boguscha, Lechnera i Romeikata, mec. Stanisław Rymar – Marii Mandel i Karla Mőckla, Krausa, Szczurka i Ludwiga, mec. Bertold Rappaport – dr Johana Kremera, mec. Antoni Czerny – Muhsfelda, Kirchnera, Kocha i Seuferta, mec. Czesław Kruh - Jostena,  Gehringa, Müllera, Kollmera i Medefinda i mec. Szczęsna Wolska-Walasowa – Theresy Rosi Brandl , Hildegard Lächert, Alice Orlovsky i Luisy Danz. 
        Najtrudniejsze zadanie czekało mecenasa Stanisława Rymara – obrona z urzędu Marii Mandel - wobec miażdżących dowodów, a zwłaszcza podpisanej przez nią listy 498 wyselekcjonowanych na śmierć więźniarek.  W aktach procesu był to najbogatszy materiał dowodowy obejmujący tomu 56-57 i częściowo 58. Podkreślając nieliczne momenty z zeznań świadków, które wykazały, że i w tej kobiecie nie zamarła jednak iskra człowieczeństwa, obrońca rzucił śmiałe stwierdzenie: 

Poniewierała ona godność kobiet, ale ktoś w niej samej tę godność musiał zabić

A  wywodząc, podobnie jak jego poprzednicy – winę indywidualną oskarżonych z całości psychiki niemieckiej stwierdził:

Kobiety w III Rzeszy nie były wyłączone spod działania trucizny i jadu zatruwającego od 100 lat przeszło psychikę i duszę narodu niemieckiego. Przytoczył słowa Mandel, które na rozprawie powtórzyła więźniarka Berta Falk : Rozumiem, że marzysz o Ojczyźnie, ale pamiętaj, że nie ma życia dla tych, którzy
się nie poddadząI te słowa Marii  Mandel  wypowiedziane  u  szczytu  jej władzy w obozie  są dzisiaj  jej confiteor, oskarżają system, który prowadził do eksterminacji, a ona i jej podobni byli tylko kółkami tego systemu. 

W trakcie przemówień obrońców na twarzach wielu oskarżonych widać było silne wzruszenie. Niektórzy płakali.

 

Ostatnie słowo oskarżonych

       16 grudnia 1947 r. sędzia Alfred Eimer udzielił głosu oskarżonym. Kolejno wypowiadali oni ostatnie słowo, a zdumienie ogarniało słuchających, gdy Liebehenschel twierdził, że czynił wszystko, co było w jego mocy, aby ulżyć doli więźniów, Mőckel, pracował “zgodnie ze swoim sumieniem” i był święcie przekonany, że w obozie wszystko jest w porządku.
       Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy, jak to uczynił Rudolf 
Hőss. Przyznawali się do bicia więźniów, ale nie do zabijania. Zasłaniali nieznajomością funkcjonowania obozu i koniecznością wykonywania rozkazów. Zrzucali odpowiedzialność na swoich przełożonych, a głównie na komendanta Hőssa i prosili o sprawiedliwy wyrok. Przysięgali na Boga i Trybunał, że w obozie niczego złego nie robili. Jeden z oskarżonych dr Hans Münch powiedział tylko trzy słowa : Proszę o uniewinnienie
        Dla zobrazowania postawy niegdysiejszych panów życia i śmierci w obozie warto przytoczyć kilka przykładów : Maksymilian Grabner – szef Oddziału Politycznego-Politische Abteilung, który od chwili aresztowania go w Wiedniu w 1945 r. twierdził że nie ma poczucia winy (kein Schuldgefühl), pod wpływem przedstawianych mu dowodów chciał już tylko ratować własne życie nawet kosztem  towarzyszy z ławy oskarżonych, oświadczył:

Nigdy więcej nie chciałbym pełnić  służby u  takich  ludzi, gdybym nawet miał  palcami wydrapywać kamienie z  ziemi i w ten sposób przez całe życie zarabiać na chleb dla rodziny. Nie miałem żadnej władzy w obozie. Byłem tylko małym człowieczkiem, małym policjantem. Jestem ofiarą swojego zawodu.
Działałem tylko na rozkaz. Gdybym wtedy 
wiedział czym jest obóz koncentracyjny nie byłbym dziś oskarżonym. Nigdy nie działałem z własnej woli, nikogo  do egzekucji nie wyznaczałem, ani wyznaczać nie mogłem.

Hans Aumeier - Lagerführer Oddziału III (Kierownictwo Obozu) przyznał :

Widziałem wiele biedy i nędzy ludzkiej. Wychował nas Eicke [w Dachau – przyp. aut.]  w możliwie największej twardości i srogości. Wielu moich towarzyszy zmuszono do samobójstwa. Do służby przy egzekucjach otrzymałem bezpośredni rozkaz od Hőssa. Po moim 2,5 letnim aresztowaniu stałem się dziś innym człowiekiem. Teraz wiem jak szykany poniżają i wiem jak dokucza głód. Rozkazów musiałem słuchać na podstawie mojej przysięgi i przynależności do SS. Uważam za mój obowiązek prosić Najwyższy Trybunał o łagodny i sprawiedliwy wyrok dla moich towarzyszy, którzy stali pod moimi rozkazami, ponieważ i oni musieli słuchać rozkazów jak ja. Najwyższy Trybunale ! Jeżeli  umrzeć muszę – dobrze. Mogę jedynie uważać się wtedy za ofiarę pokutną za Niemcy.

Maria Mandel – Lagerführerin obozu kobiecego : 

Najwyższy Trybunale ! Stoję po raz pierwszy w moim życiu pod ciężkim oskarżeniem wobec Sądu. Selekcje wyznaczane były  jedynie  przez lekarzy i  komendanta  obozu. Blok  25  istniał  już przed moim przybyciem. Chorzy, którzy  tam  byli, wyszukiwani byli przez lekarza do akcji Sonderbehandlung.
Od 1 września 1943 roku przyszedł z Berlina 
Oberscharführer Hőssler do obozu kobiecego i moją odpowiedzialność jako kierowniczki obozu  przekazałam Hősslerowi. Aż do jego odejścia pracowałam tylko w biurze, a Hőssler został usunięty z obozu z powodu jego okrucieństwa. Nie miałam ani bicza  ani psa. Pełnienie przeze mnie służby w Oświęcimiu było bardzo utrudnione przez straszliwą  surowość Hőssa, a ja byłam całkowicie uzależniona od komendanta i nie mogłam wymierzać żadnych kar.

Franz Xaver Kraus – oficer informacyjny, żalił się na brak awansu od 1938 r. i przyznał :

Dziś niestety musimy za ślepą wiarę i posłuszeństwo ciężko odpokutować.

Johann Kremer mówił o czterech innych Kremerach, Kramerach i Krőmerach w obozie 
i o możliwości pomyłki wobec jego osoby. Podobnie mówił Hermann Kirschner – kierownik bloku : 

Ja nie byłem tym Kirschnerem, który brał udział przy gazowaniach. Byłbym tchórzem, gdybym w rzeczywistości przeprowadzał gazowanie, a do tego się nie przyznał. Lubię prawdę i nienawidzę kłamstwa. Byłem zawsze uczciwym człowiekiem.

Wilhelm Gehring – dozorca:

Byłem tylko małym SS-manem. Wszystko należy przypisać Palitschowi. Gdybym wiedział, gdzie się Palitsch znajduje policzyłbym się z nim osobiście.

Ta wypowiedź wywołała śmiech na sali. Erich Muhsfeldt – kierownik krematorium

Nigdy z własnej inicjatywy żadnego człowieka nie zabiłem. Przy akcjach pełniłem tylko służbę zabezpieczającą i działałem na rozkaz. Przyznaję się do winy, że biłem i poniżałem godność więźniów. Nigdy też nie umieściłem w piecu żywego człowieka.

Nadzorczynie obozowe przyznawały się tylko do bicia więźniów. Therese Rosi Brandl , Alice Orlovsky – do policzkowania więźniarek. Luise Danz oświadczyła:

Byłam tak łudząco podobna do Elsy Ehrich komendantki Majdanka, że świadkowie łatwo mogli się pomylić.

Hildegard Lächert powiedziała:

Kiedy podjęłam służbę w obozie byłam całkiem uczciwą kobietą, ale zły przykład moich zwierzchników tak ujemnie na mnie podziałał.

 Na pierwszym planie obrońcy z urżędu. W drugim rzędzie od lewej: Maksymilian Grabner
 i Franz Kraus

 Od lewej: Luise Danz i Hildegard Lachert. W drugim rzędzie z prawej: Kurt Muller.

Therese Rosi Brandl aby zmniejszyć swoją winę powiedziała:

Byłam tylko mała SS-manką.

W reportażu “Druga Norymberga” (Kurier Codzienny z 15 grudnia) czytamy :

Oskarżona Aufseherin Lächert stojąc  wyprostowana  przed  swoim  pulpitem rzuca na salę urywane, gardłowe  zdaniaa groza ogarnia zebranych. “Krwawa Brygida” sprawia na pozór wrażenie spokojnej cichej pracownicy. Oddycha szybko,z podniecenia policzki jej barwi lekki rumieniec. Co pewien czas spogląda z niepokojem na prokuratora.Chwilami usiłuje pokryć swoje zdenerwowanie poprawiając czarna czuprynę, chwilami obciąga rękawy żakietu ukazując wielkie, czerwone ręce  morderczyni. Stara się  nie  patrzeć na swoją dawną  zwierzchniczkę, komendantkę  obozu  kobiecego  osławionąMandelkę,
która siedzi w drugim końcu ław dla oskarżonych. Sąd zamyka rozprawę  
i ogłasza, że wyrok będzie ogłoszony 22 grudnia.

Wyrok NTN

       22 grudnia 1947 r. gmach Muzeum Narodowego w Krakowie oblężony był od wczesnych godzin rannych przez oczekujące tłumy. O godzinie 9.40 sędziowie NTN z przewodniczącym sędzią dr Eimerem na czele, prokuratorzy i obrońcy zajęli swoje miejsca. Na sali panuje niezmącona cisza. Zbrodniarze wykazują silne zdenerwowanie. Główni oskarżeni : Artur Liebehenschel, Hans Aumeier, Maksymilian Grabner Karl Mőckel w wojskowych mundurach, Maria Mandel w rozpiętym, brązowym płaszczu patrzą tępo przed siebie, inni rzucają niespokojne spojrzenia na sędziów. Sala rozpraw wypełniona jest po brzegi. Przy wejściach woźni nie mogą sobie dać rady z chętnymi, którzy chcą być na sali w chwili odczytywania wyroku1.
       Punktualnie o  9.50 sędzia Eimer rozpoczyna odczytywanie sentencji wyroku, tłumaczonej a vista na kilka języków. Oskarżeni ze słuchawkami na uszach stoją wyprostowani. Mijają długie minuty oczekiwania. Twarze oskarżonych zamarłe w oczekiwaniu zdradzają szalone napięcie nerwowe – podało “Echo Krakowa” z 24 grudnia 1947 r. :

Twarz Liebehenschla robi wrażenie nieruchomej maski. Jednostajna bladość, mocno zaciśnięte usta oraz oczy, których nie otworzy przez cały czas czytania wyroku. Inaczej zachowuje się Maria Mandel. Z całej mocy stara się zapanować nad sobą, ale wysiłki jej okazują się  daremne. Kobieta, która  jednym skinieniem  ręki skazywała  więźniarki na śmierć teraz nie potrafi uśmierzyć gwałtownie przyspieszonego oddechu, nienaturalnych wypieków i nerwowego drgania całej twarzy. A Aumeier ? Ten  czołowy  morderca  Oświęcimia ? Tak,  jak  butnie  i  śmiało zachowywał się podczas  całego procesu  tak  i teraz  stoi z podniesioną do góry głową i z groźnym marsem na czole przyjmuje do wiadomości karę śmierci. Całkowity jego kontrast stanowi Grabner. Jest on zupełnie  załamany.  Głowa spuszczona  w  dół, pochylone  ciężko  ramiona  zdają się świadczyć o zupełnej apatii tak czynnego, ruchliwego niegdyś kata Oświęcimia. Nie panują nad  sobą Orlovsky i Bogusch. Łzy  gęsto płyną po ich twarzach.

      Na ogłoszeniu wyroku był obecny dr Jerzy Ludwikowski z Wiśnicza. Zapamiętał dużą przestronną salę. Dla części publiczności były miejsca siedzące, dla pozostałych stojące. 

Zapamiętałem to przedłużające się napięcie, które udzielało się wszystkim. Było bardzo gorąco i duszno, a sędzia dalej czytał długą sentencję wyroku zakończoną wymiarem  kary.  W czasie odczytywania  wyroków  wszyscy  stali. Nie widziałem reakcji oskarżonych, bo byłem nieco dalej, ale pamiętałem ich z wcześniejszych rozpraw. 

     Karę śmierci otrzymali : Artur Liebehenschel, Maksymilian Grabner, Hans Aumeier, Karl Mőckel, Maria Mandel, Franz Xaver Kraus, Johann Paul Kremer, Erich Muhsfeldt, Hermann Kirschner, Heinrich Josten, Wilhelm Gehring, Kurt Muller, Ludwig Plagge, Otto Lätsch, Fritz Bunrock, August Bogusch, Paul Gőtze, Paul Szczurek, Therese Rosi Brandl, Josef Kollmer, Herbert Ludwig, Hans Schumacher i Artur Johann Breitwieser.
     Na karę dożywotniego więzienia skazano: Hansa Kocha, Karla Seuferta, Luise Helene Danz, Antona Lechnera, Detleffa Nebbe i Adolfa Medefinda.
     Karę 15-tu lat więzienia otrzymali Edward Lorenz, Alice Orlovsky, Hildegard Martha Luise Lächert. Aleksander Bulow, Franz Romeikat i Johann Weber. Karę 5 lat więzienia – Erich Dinges.  Oskarżony Hans Münch został uniewinniony.
     Oskarżonym pozwolono usiąść, a Trybunał przystąpił do odczytanie długiego liczącego ponad 100 stron uzasadnienia wyroku. Stwierdził, że ustawodawstwo norymberskie znalazło swój wyraz także w ustawodawstwie polskim. Dekret o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy wojennych uznał za organizacje przestępcze organizacje mające na celu zbrodnie przeciw pokojowi, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości. Taką właśnie organizacją jest organizacja niemieckich obozów koncentracyjnych. Najwyższy Trybunał Narodowy uznał członków władz, administracji i załogi obozów koncentracyjnych, zwłaszcza w Auschwitz-Birkenau za grupę przestępczą (art. 4 dekretu).  W uzasadnieniu szczegółowo omówiono winę każdego z oskarżonych i wymiar kary. Trybunał podkreślił, że karę śmierci otrzymali zarówno ci, którzy wydawali rozkazy, podpisywali zarządzenia mające na celu eksterminację i wyniszczenie więźniów jak i ci którzy tę śmierć bezpośrednio zadawali. Spośród 22 oskarżonych skazanych z art. 1 w/w dekretu – podkreślił Trybunał - tylko Artur Liebehenschel, Karl Mőckel, Johann Kremer i Hans Koch nie znęcało się nad więźniami. Liebehenschel nawet im pomagał. Reszta z nich czyli 18-tu znęcało się nad więźniami w mniej lub więcej bestialski sposób. Z tego względu Trybunał nie zastosował do żadnego z nich nadzwyczajnego złagodzenia kary (art. 5 § 2 dekretu). To znęcanie nad i tak udręczonymi więźniami dowodzi wielkiego zezwierzęcenia każdego z nich.
      Brali oni udział w tych zabójstwach z wewnętrznej potrzeby zabijania, a nie wykonywania rozkazów. Nadzwyczajne złagodzenie kary Trybunał zastosował do osk. Hansa Kocha z tego względu, że nigdy nie występował on wrogo przeciw więźniom, a miał to nieszczęście, że jako laborant z zawodu zajmował w obozie stanowisko dezynfektora czyli cyklon znajdował się w jego posiadaniu.
      Odczytywanie sentencji wyroku i uzasadnienia trwało cały dzień i zakończyło się późnym wieczorem. Wyrok był prawomocny od chwili jego wydania. Skazanym przysługiwało jedynie prawo zwrócenia  się do Prezydenta Bieruta z prośbą
o ułaskawienie. Dwoma samochodami 
ciężarowymi odwieziono skazanych do więzienia Montelupich.

 Ogłoszenie wyroku: Od lewej stoją: Artur Liebehenschel, Maria Mandel, Hans Aumeier, Carl Mockel, Maksymilian Grabner.
 W drugim rzędzie: od lewej: Artur Breitwieser, August Bogusch, Erich Muhsfeld.

 

 Od lewej: Artur Liebehenschel, Maria Mandel, Hans Aumeier, Carl Mockel, Max Grabner.
Z tyłu: dr Johann Kremer, Erich Muhsfeld.

Prośby o łaskę

      Wszyscy skazani na śmierć złożyli tuż po Świętach Bożego Narodzenia prośby do Prezydenta Bolesława Bieruta o ułaskawienie i darowanie im życia. Pisma te napisali ręcznie ołówkiem w języku niemieckim. Najobszerniejsza była prośba Maksymiliana Grabnera. Liczyła bowiem aż 7 stron tekstu, Artura Liebehenschla i Marii Mandel po 2 strony, a Hansa Aumeiera była jednostronicowa. Wszyscy przytaczali te same argumenty, które wypowiedzieli w ostatnim słowie na rozprawie i wszyscy czuli się niewinni popełnianych morderstw. Lakoniczne prośby o ułaskawienie złożyli także ich obrońcy z urzędu. 

      Życie codzienne biegło nadal, a za murami więzienia rozpoczęło się nerwowe oczekiwanie. Z akt więziennych wiemy, że 30 grudnia 1947 r. przybył do więzienia kryminolog dr Stanisław Batawia i za zgodą I Prokuratora NTN przeprowadził badania psychiatryczne i antropologiczne skazanych przestępców oświęcimskich. Wcześniejsze pomiary antropologiczne zbrodniarzy przeprowadził 18 grudnia 1947 r. zespół profesorów U.J.: I.Michalski, I.Krasnodębska, B.Kaczół- Zielińska, W. Kolwoda,T. Michalski. Dokumentacji tej nie udało się odnaleźć do dziś.

Spotkanie z komendantem KL Auschwitz Arturem Liebehenschlem

        Po wielu latach od tamtych wydarzeń dotarłem do ciekawych materiałów pozwalających na odtworzenie postawy niektórych skazanych w tych trudnych dla nich chwilach i ich dalszych losów3. Edward Kurtyka mieszkaniec Rzezawy jako powojenny więzień polityczny siedział w grudniu 1947 r. w 30-osobowej celi więzienia Montelupich razem z innym więźniem politycznym (b. więźniem Auschwitz) Kazimierzem Szelestem. Edward Kurtyka wspomina:

Tuż przed Wigilią 1947 r. późno w nocy  rozległ się na korytarzu jakich rumor. Ktoś powiedział, że wracają z rozprawy zbrodniarze hitlerowscy z wyrokami śmierci. Po godzinie otwarły się drzwi naszej zbiorowej celi. Dostaliśmy polecenie zabrania swoich rzeczy i wyjścia na korytarz. Kiedy uformowaliśmy
kolumnę naczelnik więzienia 
w obecności pułkownika WUBP kazał nam dobrać się po dwóch i zakomunikował, że pójdziemy do cel, gdzie siedzą zbrodniarze oświęcimscy i będziemy ich  pilnować, aby  któryś  z  nich nie powiesił się. Kazek Szelest mówi do mnie : Idziemy razem. Inni też się dobrali
do dwóch.
Oddziałowy otwierał kolejno cele  i do każdej wchodziło dwóch naszych kolegów. Zdawaliśmy sobie sprawę  z  tego, że  mogliśmy być  świadkami  jakichś  desperackich czynów ludzi, którzy dowiedzieli się przed  chwilą, że czeka ich szubienica. Wreszcie nadeszła i nasza kolej. Gdy strażnik otworzył celę dwaj siedzący tam Niemcy wstali. Jeden z nich  wyciągnął  do  Szelesta  rękę  na  powitanie. Mimo  pobytu w obozie a później w więzieniu Kazek był dobrze wysportowany. W odpowiedzi na wyciągniętą rękę błyskawicznie uderzył Niemca w szczękę. Niemiec przewrócił się, a Kazek powiedział do niego:
Ty jesteś Liebehenschel ! A był  to  komendant  obozu  (następca Hőssa), o którym 
mi Kaziu opowiadał.

Artur Liebehenschel 

Artur Liebehenschel

Edward Kurtyka 

      Jakim człowiekiem był  Artur Liebehenschel. Akta procesu nie dają na to pytanie pełnej odpowiedzi. Jest tam mowa tylko o tym, że złagodził on obozowy reżym.  Rozkazem garnizonowym nr 50/43 z 11 listopada 1943 roku obersturmbannfuhrer Artur Liebehenschel  zastąpił na stanowisku komendanta obozu Rudolfa Hossa. Było to już po słynnym śledztwie sędziego Morgena, aresztowaniu Maksymiliana Grabnera, który przekroczył “generalną linię” i pod ścianą śmierci mordował także tych, którzy nie byli oznaczani kryptonimem SB (sonderbehandlung). Wieści o masowych mordach w Auschwitz  jesienią 1943 r. przedostały się do świata i Hoss nie mógł nadal pozostawać na stanowiku komendanta obozu. Mógł być natomiast awansowany i przeniesiony.
       Liebehenschel z chwila objęcia stanowiska rozpoczął zupełnie nowy okres w historii KL Auschwitz.  Pisze o tym obszernie były więzień tego obozu Hermann Langbein w książce “Ludzie  w Auschwitz”, Oświęcim 1994.  Wstrzymał egzekucje na bloku 11, nakazał zburzenie cel do stania, zdemontowanie “ściany śmierci”. Zniósł rozkaz rozstrzeliwania więźniów złapanych na próbie ucieczki o obozu. Jedyna karą było przeniesienie do innego obozu. Zakazał bicia więźniów  nawet podczas przesłuchań. Usunął z obozu licznych konfidentów Oddziału Politycznego (Politische Abteilung). Z chwilą objęcia rządów 23 listopada 1943 r. wypuścił z bunkra 56 więźniów, a wśród nich Ludwiga Wörla, komunistę,  więźnia politycznego, który objął stanowisko Lageralltestra całego obozu. Był to pierwszy więzień politycznym  na tak ważnej funkcji starszego obozu, któremu podlegali wszyscy kapowie w obozie.  
      Za komendantury Liebehenschla pierwsza selekcja odbyła się w styczniu 1944 r. na "rozkaz z Berlina”. Lebehenschel podjął  próbę odwleczenia zagazowania wyselekcjonowanych. Pod pozorem uszkodzenia rampy i konieczności jej generalnego remontu starał się – bez efektu - nakłonić swoich przełożonych w Berlinie, aby do zakończenia remontu nie kierowano do Auschwitz transportów. W KL Auschwitz był cygański obóz familijny i żydowski obóz familijny (8 września 1943 r. do którego przeniesiono Żydów z Teresina). Nie musieli oni pracować, mogli otrzymywać korespondencję i paczki, pisać listy, ale mimo tych przywilejów – z powodu złych warunków zmarło w ciągu pół roku  1140 więźniów. 9 marca 1944 r. wszystkich pozostałych zamordowano w komorach gazowych z wyjątkiem 70 nieletnich Żydów, wcielonych przez Schwarzhubera do obozu męskiego. 
      Artur Liebehenschel był komendantem KL Auschwitz tylko pół roku. Już 8 maja 1944 r. Rudolf Hoss objął stanowisko dowódcy garnizonu SS, a komendantem obozu został Richard Baer. 16 maja 1944 r. miała rozpocząć się największa akcja zagłady, obejmująca Żydów z Węgier i być może z tego powodu władze w Berlinie uznały, że Liebehenschel się do tego nie nadaje4
      Aby się go pozbyć uknuto intrygę, o które pisze Rudolf Hoss. Liebehenchel  miał swarliwą i małostkową żonę. Pracując w Inspektoracie Obozów Koncentracyjnych  ukojenie znalazł w ramionach kochanki, która była sekretarką jego przełożonego Richarda Glücksa w Oranienburgu. Niedługo rozwiódł się i sprawa stała się głośna. Nie mógł dłużej pracować w Inspektoracie i dlatego został komendantem KL Auschwitz.  Hoss pisze dalej, że Liebehenschel ożenił się ponownie, ale okazało się, że nowa jego żona miała liczne kontakty erotyczne z Żydami, nawet po wprowadzeniu ustaw norymberskich. Nie mógł więc dłużej być komendantem KL Auschwitz. Lanbein  pisze, że w czasie procesu zbrodniarzy KL Auschwitz, który toczył się we Frankfurcie nad Menem w 1966 r. ostatni komendant KL Auschwitz, który był oskarżonym w tym procesie przyznał, że na polecenie Oswalda Pohla przekazał Liebehenschlowi list w którym Pohl tłumaczył Liebehenschlowi, że w żadnym wypadku członek SS nie może pozostawać w związku małżeńskim z kobietą, która mając 19 lat, jeszcze w 1935 r. zadawała się z Żydami i tłumaczył to również – bezskutecznie - drugiej żonie Liebehenschla pannie Hűttemann5. Zeznał, że:

W  czasie następnej rozmowy  21 kwietnia 1944 r. Liebehenschel z trudem patrzył na oczy, gdyż były one bardzo spuchnięte z powodu całodziennego płaczu. Jego zachowanie w niczym nie przypominało zachowania mężczyzny.

     19 maja 1944 r. Liebehenschel przeniesiony został na stanowisko komendanta KL Majdanek, a po jego likwidacji do Triestu pod rozkazy Wyższego Dowódcy SS i Policji na Wybrzeżu Adriatyckim SS-Obergruppenfuhrera Odilo Globocnika. Usunięto go więc z KL Auschwitz w wyniku intrygi. Małżeństwo z kobietą, która zadawała się z Żydami nie przeszkadzało w powierzeniu mu stanowiska komendanta obozu koncentracyjnego na Majdanku. Zachowała swoje stanowisko druga żona Liebenehschla w Oranienburgu. Oswald Pohl wiedział o romansie Rudolfa Hossa z więźniarką Żydówką Eleonorą Hodys i próbie zlikwidowania jej przez Hossa, gdy sprawa wyszła na jaw, ale nie widział w tym nic zdrożnego.

Powróćmy do wspomnień Edwarda Kurtyki:
   
Zostaliśmy w czwórkę. My dwaj Polacy – więźniowie polityczni, i dwaj Niemcy – zbrodniarze z Auschwitz. Samorzutnie odstąpili nam swoje prycze i pokornie położyli się do spania na podłodze. Nie rozmawialiśmy z nimi ani tej nocy ani dnia następnego. Rano przyszedł politruk - zastępca komendanta Jan D…s 
(nazwisko znane aut. a także w IPN Kraków) częstował Niemców 
papierosami, nas nie. Zakazał nam bić Niemców i wyszedł. Potem dowiedziałem się, że politruk ten pełnił funkcję kapo w obozie i kiedy to wyszło na jaw został usunięty ze swojego stanowiska. Wieczorem uklękliśmy z Kaziem do pacierza, a Niemcy zrobili to samo. Ta sytuacja powtórzyła się rano. To skłoniło Szelesta do rozmowy z nimi. Ja nie znałem niemieckiego, ale mimo to widziałem to, co oni teraz przeżywali. Mój kolega zapragnął zobaczyć wszystkich skazanych na śmierć zbrodniarzy. Poprosił oddziałowego o umożliwienie mu takiego kontaktu. Oddziałowy odmówił, ale Kazek odwinął rękaw i pokazał wytatuowany numer obozowy. Wtedy oddziałowy powiedział :Jak skończę wydawanie kawy, to zobaczysz ich wszystkich. Słowa dotrzymał i zabrał także i mnie. Otwierał kolejno cele, a Niemcy stawali przed nami na baczność. Nie wyglądali na wynędzniałych. Mieli na sobie ubrania cywilne, ale spodnie – prawie wszyscy wojskowe, niektórzy nawet z lampasami. Nie widziałem w ich oczach buty. Wszyscy byli pokorni i świadomi swego  losu. Widziałem wtedy chyba ich wszystkich.
NIe widziałem skazanych kobiet ponieważ siedziały na  oddziale kobiecym, a tam władza oddziałowego nie sięgała.

      Kolega Edwarda Kurtyki Kazimierz Szelest urodził się w dniu 25 marca 1915 roku w miejscowości Kadiewka na terenach późniejszego ZSRR, gdzie jego ojciec inżynier chemii Jan Szelest uczestniczył
w budowie fabryki chemicznej. Przed wojną Kazimierz Szelest był zawodnikiem “Cracovii” i znakomitym pływakiem zarówno indywidualnym jak i w sztafetach  pływackich. Grał także w piłkę wodną, m.in. w I ligowej drużynie Cracovii z Janem Kotem.  Kazimierz Szelest  w 1936 roku zajął III m-ce w Indywidualnych Mistrzostwach Polski na 100 m. stylem grzbietowym, a w 1937 roku zdobył Indywidualny Tytuł Wicemistrza Polski na 100 m. stylem klasycznym. Sylwetkę jego przedstawił  w interesującym opracowaniu Krzysztof Ryncarz.  Czytamy w nim dalej, że Szelest w czasie wojny został aresztowany, przywieziony w transporcie więźniów z Krakowa i Tarnowa, a  30 sierpnia 1940 roku do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie wytatuowano mu numer obozowy 3454. Tam pracował w magazynach obozowej kuchni. Zaangażował się w działalność Związku Organizacji Wojskowych - obozowego ruchu oporu zorganizowanego przez rotmistrza Witolda Pileckiego 12 występującego wówczas pod nazwiskiem Tomasz Serafiński). Do tej organizacji
  wprowadził  niedługo także m.in. Karola Tenderę. Obozowy ruch oporu organizował dożywianie i rozdzielanie odzieży w zimie dla swoich członków i dla uciekinierów, dostarczał chorym leki, rozpowszechniał wśród więźniów wiadomości z zewnątrz i przekazywał światu informacje o hitlerowskich zbrodniach w Oświęcimiu, podtrzymywał więźniów na duchu, a nawet miał na celu zbrojne oswobodzenie obozu.
       W dniu 25.09.1943 roku na polecenie obozowego gestapo Kazimierz Szelest został osadzony w bunkrze bloku 11, tzw. “bunkrze śmierci”, w którym był więziony do 11.10.1943 roku. Kolejny raz do bloku nr 11 Kazimierz Szelest został skierowany z końcem 1944 roku na skutek prześladowania go przez essesmana Franza Xavera Krausa – kierownika obozu w Birkenau. Wówczas od wywozu do obozu koncentracyjnego w Mauthausen uratował go szef kuchni więźniarskiej Karl Egersdorfer.
       W KL Auschwitz Kazimierz Szelest brał udział w organizowanych walkach bokserskich, m.in. był sparingpartnerem Lee Sandersa. Po wojnie zaangażował się w działalność w WiN, za co był torturowany, a następnie skazany “za próbę zbrojnego obalenia rządu” na wieloletnie pozbawienie wolności.
       Osadzony w więzieniu Montelupich w Krakowie, w 1947 roku był przesłuchiwany jako  świadek w pierwszym procesie oświęcimskim załogi KL Auschwitz m.in. przeciwko funkcjonariuszom SS: Franzowi Xaverowi Krausowi, Hansowi Schumacherowi, Wilhelmowi Gehringowi, Kurtowi Mullerowi i Herbertowi Ludwigowi. Wszyscy oni zostali skazani na karę śmierci przez powieszenie i w dniu 24 stycznia 1948 roku wyroki wykonano.
       Po wyjściu z komunistycznego więzienia w latach 50. Kazimierz Szelest był człowiekiem zgnębionym psychicznie. Był napiętnowany jako “wróg narodu” i dlatego nigdzie nie mógł znaleźć pracy. Był w bardzo trudnej sytuacji materialnej. Jedynie w ograniczonym wymiarze pozwolono mu na pracę  ratownika na basenie KS “Cracovii”, a potem  jako taksówkarz. Jeszcze w latach 70 - tych XX wieku miał – jak pisze Ryncarz - adnotację w prawie jazdy, że “może pracować tylko w wymiarze 6 –ciu godzin na dobę tj. w godz. 5.00-11.00”. Pomimo że po opuszczeniu więzienia nie angażował się w działalność polityczną, przez wiele lat był zatrzymywany przez milicję w okresach obchodów świąt państwowych. Organizacja kombatancka Związek Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBOWID) odmówiła przyjęcia go w poczet członków jako wroga “władzy ludowej”. Kazimierz Szelest zmarł w dniu 7 sierpnia 1980 roku w Krakowie i został pochowany na Cmentarzu Rakowickim6. Warto także powtórzyć za Krzysztofem Ryncarzem, że siostra Kazimierza Szelesta pani Janina Szelest-Strychalska w czasie IIWojny Światowej ukrywała dziecko żydowskie, za co w latach 80-tych XX wieku została odznaczona Medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata7.
      Pan Józef Paczyński prezes Klubu Więźniów Auschwitz-Birkenau w Krakowie podał mi kilka ciekawych informacji o Kazimierzu Szeleście : 

 Wysoki, wysportowany, dobrze zbudowany “chłop jak snop”. Przed wojną grał piłkę wodną  w klubie “Cracovii” (kąpielisko znajdowało się przy ul.3 Maja). W obozie pracował w ambulatorium  rewiru,  a potem w magazynie żywnościowym położonym niedaleko kuchni. Z racji pracy znał dobrze funkcjonariuszy
obozowych. Życzliwy dla więźniów, 
chętnie im pomagał w miarę możności. Przeżył obóz i razem z kolegami Michałem Piękosiem i Zygmuntem Wójtowiczem wyjechał do Bytomia. Tam włączył się do pracy niepodległościowej. Aresztowany, po torturach otrzymał wyrok 10 lat więzienia i karę odbywał w więzieniu Montelupich. Po latach zobaczyłem go w tramwaju. Opowiedział mi o swoich losach i o tym, że siedział w jednej celi ze zbrodniarzami z Auschwitz-Birkenau”. 

 

     Ta informacja uwiarygodnia relację Kurtyki.  Z dziennikarskiego obowiązku należy podać  kim był  kolega Liebehenschla
z tej samej celi, którego nazwiska nie znał Edward Kurtyka. Z dokumentacji więziennej więzienia Montelupich wynika, że raz z Arturem Liebehenschlem w tej samej celi siedział Carl Ernst Möckel zastępca komendanta KL Auschwitz do spraw administracyjnych. Urodził się 9 stycznia 1901 r. Miał wykształcenie średnie i z zawodu był księgowym, ale nigdy w swoim zawodzie nie pracował. Do SS należał już od 1926 r. Od 1933 r. pracował w różnych urzędach SS. Był odznaczony pierścieniem i szpadą. Miał stopień SS-Obersturmannfuhrera, odpowiadający randze podpułkownika (oberstleutnant) w Wehrmachcie, a więc taki sam jak Rudolf Hoss czy Artur Liebehenschel. W KL Auschwitz pracował od wiosny 1943 r. do stycznia 1945 r. Odpowiedzialny był za wyżywienie więźniów, odzież, stan budynków obozowych, zaopatrzenie komór gazowych w Cyklon B. Zarządzał także mieniem więźniów i eksploatacją niewolniczej pracy więźniów. Wg opinii Hossa był on alkoholikiem.
      Nie był typem sadysty ale na losie więźniów mu nie zależało. Tragiczne warunki bytowania więźniów przyczyniły się do śmierci wielu istnień ludzkich i Möckel nic nie zrobił, aby ten stan poprawić. Hermann Langbein po wielu latach dotarł do listów, które dr Withs pisał z KL Auschwitz do swoich krewnych. W jednym z nich adresowanym do żony napisał:

Czy możesz sobie wyobrazić moja Najdroższa, że Möckel powrócił z Berlina i jest szczęśliwy, że znów jest tutaj. Oświadczył, że nie chciałby już stąd wyjeżdżać. A więc i tu zdarza się coś takiego8.

Carl Möckel był więc podobnie szczęśliwy jak np. inny zbrodniarz obozowy dr Johann Kremer, który  w swoim pamiętniku opisywał wykwintne potrawy jakie jadł w obozowej kantynie oficerskiej, gdy dziesiątki tysięcy więźniów marło z głodu.

.

                                                                                                                                                                                                     c.d.n.

Przypisy:

zob. Ilustrowany Kurier Codzienny z 24 grudnia, Wolni Ludzie nr 18.

Pełny tekst wyroku wraz z uzasadnieniem opublikowany został w książce Tadeusza     
   Cypriana i Jerzego Sawickiego Siedem wyroków Najwyższego Trybunału Narodowego, 
   Poznań Instytut Zachodni 1962 s.138-261. Jest to wierny tekst odbitkioryginalnego 
   wyroku NTN z 22.12.1947 r. zawartego na 204stronicach maszynopisu uwierzytelnionej
   pieczęcią NajwyższegoTrybunału Narodowego przez kierownika 
sekretariatu NTN.
   W książce znajduje się na ponad 30. stronach 138-170.

Stanisław Kobiela. W jednej celi z komendantem KL Auschwitz-Bierkanau. Wywiad
   z Edwardem Kurtyką 
[w: Wiadomości Bocheńskie nr 4-5/2005]

4  Hermann Langbeim, Ludzie w Auschwitz, Oświęcim 1994 r. s. 57-66, 338-340

5   Tamże s. 341-342

6  Krzysztof  Ryncarz. Żołnierze Wyklęci w jednej celi z komendantem KL Auschwitz,
  
maszynopis – zob.
www.bochniacy.pl (zakładka: napisali o nas)

7   tamże

8  Langbein – s.399.


Back to top