Powered by Spearhead Software Labs Joomla Facebook Like Button
 

Proces załogi KL Auschwitz-Birkenau cz. VIII.

Proces załogi KL Auschwitz-Birkenau w Krakowie w 1947r. część VIII. 

Życie w więzieniu

Instrukcja regulaminowa

 

     Życie w polskich więzieniach od  połowy 1945 r. regulowała obszerna instrukcja w sprawie regulaminu więziennego wydana 11 czerwca 1945 r. przez Dyrektora Departamentu Więziennictwa i Obozów Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie 1. W paragrafach 92-96 ustalony był porządek dnia. Po usłyszeniu sygnału więźniowie wstawali o godzinie 6.00, a w niedziele i święta o 7.00. Po toalecie porannej ubierali się, wynosili naczynie nocne i stawiali je w oznaczonym miejscu. Pół godziny później po usłyszeniu drugiego sygnału ustawiali się w szeregu do przeglądu, a następne otrzymywali śniadanie. Po śniadaniu ubierali się do pracy, albo na przechadzkę, która mogła trwać 30 minut. Obiad wydawano o godz. 12.00. Po obiedzie pozostawali w celach dla odpoczynku przez jedną lub 1,5 godziny. Mogli czytać prasę, pisać, albo grać w karty, a także reperować ubranie i bieliznę. Po wieczornym umyciu się więźniów, posiłek  wydawano od  godz. 17.30 do 18.00. Po kolacji wpuszczani byli do ustępów po 8-10 więźniów. Następnie kładli się do spania: w okresie jesienno-zimowym (od 1 października do 30 marca) o godzinie 20.00, a w okresie wiosenno-letnim (od 1 kwietnia do 30 września) o godzinie 21.00.
      Kąpiel więźniów odbywała się raz na tydzień i po każdej pracy brudzącej (§ 249). Także raz w tygodniu więźniowie byli strzyżeni na krótko i goleni. Kobiety, zgodnie z instrukcją winny nosić włosy gładko zaczesane (§ 251).
     Dopiero protokół lustracji Centralnego Więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie z 14 kwietnia 1947 r. przeprowadzonej przez funkcjonariuszy WUBP
w Krakowie daje prawdziwy obraz warunków bytowych, w jakich przebywali więźniowie. Wynika z niego, że w celach znajdowała się brudna bielizna, którą więźniowie prali w swoich celach, że w więzieniu zalęgły się wszy, słoma w siennikach była zużyta na sieczkę i pełno było w niej kurzu. Nie przestrzegano § 251 w sprawie regularnego strzyżenia i golenia więźniów. W celach znajdowały się kawałki blachy, szkło, co umożliwiało samobójstwa. Za zaniedbania te 7-dniowym aresztem ukarany został kierownik działu administracyjnego Tadeusz U.
     1 marca 1947r. major Jan Olkowski z WUBP w Krakowie ustalił przypadki spoufalania się funkcjonariuszy Straży Więziennej z więźniarkami i zakazał kategorycznie zatrudniać więźniarki poniżej 30 lat do sprzątania korytarzy więziennych i innych posług poza celą. Nakazał także usunąć więźniów “antypaństwowych” z warsztatów, a także z cel, w których siedzą Niemcy.


Ambulatoryjna księga dla więzienia Montelupich
     Bardzo interesującym dokumentem jest ambulatoryjna księga przyjęć z której możemy dowiedzieć się o urojonych lub prawdziwych chorobach ludobójców z KL  Auschwitz. W dokumentacji więzienia Montelupich udało się odnaleźć “Księgę ambulatoryjną dla więzienia Montelupich” zaopatrzoną sygnaturą WW Kr-11, którą w latach 1946-1947 prowadził lekarz więzienny dr Eryk Dormicki od dnia 13 listopada 1946 r. do 31 stycznia 1947 r.  Z zapisów lekarza więziennego możemy dowiedzieć się na co w tym czasie chorował  Rudolf Höss, w której celi siedział Amon Göth na co się leczył i z jakimi dolegliwościami zgłaszały się do lekarza osadzone w więzieniu przestępczynie wojenne.  W czasie każdej wizyty lekarz więzienny zapisywał obok kolejnego numeru, datę i nazwisko więźnia, numer celi w której przebywał, rozpoznanie choroby i  zastosowane leczenie. Najczęściej zgłaszał się do lekarza Rudolf Hoss. 13, 25, 29 i 30 listopada 1946 r. przyszedł do niego z silnym bólem głowy (cephalogie) i znacznym opuchnięciem nóg,  w  dniach 2, 4, 6, 8, 10, 14 grudnia 1946 r. żalił się na przemijające opuchnięcie twarzy, a 3 i 4 stycznia 1947 r. na choroby gastryczne. Z księgi ambulatoryjnej wynika, że Amon Gőth przyprowadzony został do lekarza 7 września 1946 r. z celi nr 112.
     2 grudnia zgłosiły się z celi nr 68 oddziału kobiecego trzy kobiety: Erna Boden (nr wpisu: 8458), Maria Mandel (nr wpisu 8459) i Johanna Langefeld (nr wpisu 8460).  Wszystkie trzy pracowały w obozach koncentracyjnych Ravensbrück, a później w Auschwitz. Nie była to rutynowa kontrola lekarska, bowiem
w celi pozostała czwarta więźniarka, Margareta Burda.
     Dr Dormicki stwierdził u Erny Boden obrzęki na twarzy i zlecił analizę moczu na okoliczność zbadania zawartości białka w moczu. U Marii Mandel rozpoznał  Rheumatismus calli i zapisał jej aspirynę. Także aspirynę otrzymała Johanna Langefeld. Można więc wnosić, że w tych dwóch ostatnich przypadkach więźniarki chciały się raczej przespacerować. Stan zdrowia Marii Mandel pogorszył się jednak po 10 dniach. 9 i 14 grudnia 1946 r. zgłosiła się do lekarza
z silnymi bólami głowy, a 12 grudnia lekarz rozpoznał u niej palpitację, czyli “kołatanie” serca wpisując w karcie skrót: “palp. chr”.

Przesłuchania podejrzanych

    Postępowanie przygotowawcze do procesu funkcjonariuszy z załogi  KL Auschwitz prowadzili oddelegowani do Najwyższego Trybunału Narodowego prokuratorzy. W 1946 r. nie wszyscy przestępcy wojenni znajdowali się w Centralnym Więzieniu w Krakowie przy ul. Montelupich 2, o czym szczegółowo pisałem wcześniej.  Niektórzy przebywali już w Polsce, ale znajdowali się w innych więzieniach, jak np. Karl Jeschke, który jeszcze na początku listopada 1947 r. siedział w krakowskim więzieniu przy ul. Senackiej. Należało więc wszystkich sprowadzić do więzienia Montelupich. Sędzia śledczy Jan Sehn i sędzia Żmuda przesłuchiwali podejrzanym na terenie więzienia Montelupich już wiosną 1947 r. O tych przesłuchaniach wspomina pani Krystyna Szymańska, która uczestniczyła w nich w roli protokolantki i wspomina 3:

       Przesłuchania na Montelupich były dla mnie przykre. Pewnego razu, gdy przyszłam do więzienia i zobaczyłam co tam się dzieje, to powiedziałam, ze tam więcej nie pójdę. Wiedziałam, że gdybym się ujawniła, to czekał by mnie taki sam los, jak tych
       więźniów politycznych, bo oni też przebywali na Montelupich...
Od tego czasu przywożono przestępców hitlerowskich do sądu na przesłuchania. Same przesłuchania odbywały się bardzo spokojnie. Nie trzeba było nawet obecności strażników. Siedzieli
       oni w pierwszym pokoju, a myśmy przesłuchiwali  podejrzanych w drugim. Rudolfa Hossa przesłuchiwaliśmy przez 18 dni. Robiliśmy w czasie przesłuchań przerwę. Dostawał śniadanie. Raz  przynosił mu sędzia  Sehn, raz przynosiłam ja. Po jednym
       przesłuchaniu Hőss powiedział: “Gdyby pani oczy miały moc zabijania, to bym nie musiał czekać na wyrok”. Amona Götha komendanta Płaszowa przesłuchiwaliśmy tylko raz, a potem przesłuchiwał go sędzia Żmuda.

    Krystyna Szymańska znała biegle język niemiecki. Podczas śniadania powiedziała do Gőtha, że jej matka była wiedenką i nigdy nie przypuszczała, że wiedeńczycy zdolni byli do takich rzeczy, jakie działy się w Płaszowie. Ojciec Amona Götha był wydawcą, antykwariuszem, bardzo inteligentnym i wybitnie przystojnym człowiekiem. A Göth odpowiedział na to:

    W każdym społeczeństwie rodzą się ludzie wybitni i wyrzutki.

      
Wspomina także Marię Mandel, komendantkę – jak pisze -  tej kobiecej ekipy aufseherek, jasną blondynkę, która także pochodziła z Wiednia i pamięta rozmowę, poza protokołem, jaką prowadził z nią sędzia Sehn:

      W pewnej chwili ona powiedziała, że tego nie chciała, ale jej kazano, więc musiała. Więc sędzia Sehn zapytał ją: No dobrze, a czy pani nie mogła zrezygnować z tej pracy? A ona chwilę się zastanowiła i odpowiedziała: “Mogłabym zrezygnować tylko wtedy,
      gdybym urodziła dziecko”. No to czemu pani tego nie zrobiła. Na to Mandel spuściła oczy i wyszeptała: “Starałam się, ale nie udało się” 

    Sędzia Jan Sehn proponował przesłuchiwanym, aby szerzej opisywali swoje zycie, pracę w obozie i własne wrażenia i przeżycia. Nie było łatwo nakłonić ludzi, którym groziła kara śmierci do intymnych zwierzeń.  Nie wiedzieli oni jeszcze jakie zarzuty na nich ciążą i jakie dowody przeciwko nim zgromadzono.  Spośród setek przesłuchiwanych przestępców wojennych, po jakimś czasie tylko dwóch zdecydowało się na taką współpracę z sędzią Sehnem. Pierwszym był komendant KL Auschwitz Rudolf Hőss, sądzony w pierwszym procesie oświęcimskim. Jego wspomnienia opublikowane w 1961 r. 1956, 1990  i 2006 r. są dzisiaj interesującym studium natury ludzkiej i źródłem poznania drogi do ludobójstwa 4.  
    Drugą osobą, którą udało się nakłonić do pisemnych zwierzeń była Maria Mandel. Wysłała do sędziego Sehna kilka - pisanych ołówkiem i kaligraficznym pismem – listów, w których, bardziej lub mniej szczerze, przedstawiła swoje dzieciństwo, młodość, karierę obozową i losy powojenne. Ukazała w nich siebie raczej jako ofiarę losu i niż sprawczynię nieszczęść setek tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Pokazuje także na przykładach z własnego życia, jak totalitarny ustrój zniewala jednostkę i wiedzie ja w matnię z której wyjście staje się wręcz niemożliwe. Dostarcza też wiele informacji o tych, którzy w zbrodni ludobójstwa uczestniczyły 5.
     
9 listopada 1947 r. członkowie załogi obozu Auschwitz, w liczbie 40 osób, otrzymali kopie aktu oskarżenia. Osobiście wręczali je podsądnym kierownik sekretariatu NTN podprokurator Aleksander Odrobiński, starszy sekretarz Aleksander Barański i woźny Jan Podobiński. Doręczając te dokumenty przetłumaczone na język niemiecki mieli obowiązek udzielić im pomocy prawnej i wyjaśnień (pismo NTN z 9.XI.1947 r. NTN nr 5/47). Z artykułów prasowych wiemy, ze przedstawiciele prasy byli kilkakrotnie wpuszczeni na teren więzienia, mogli obserwować reakcje oskarżonych, a także mogli fotografować oskarżonych przy niektórych czynnościach. Na jednej z fotografii widoczna jest była nadzorczyni Majdanka i KL Auschwitz Alice Orlovsky, czekająca z miską,
w drzwiach celi na więzienną zupę.

Na oddziale kobiecym

       Dzisiaj znamy historię pobytu  w Centralnym Więzieniu w Krakowie przy ul. Montelupich Marii Mandel  i  pozostałych kobiet sądzonych w procesie załogi KL Auschwitz.  Z akt więziennych wynika, że Marię Mandel przywieziono do tego więzienia bezpośrednio z więzienia w Cieszynie 8 września 1946 r. Znalazła się we wspólnej  celi nr 68 z ekstradowanymi, razem z nią ze strefy amerykańskiej,  przestępczyniami  wojennymi: Joanną Langefeld, Erną Boden
i Margaretą Burda. Przebyła z nimi długą drogę z PWE Dachau, pociągiem na linii kolejowej od Regensburga przez czeskie Budziejowice, Cieszyn, Czechowice-Dziedzice do Krakowa. Joanna Langefeld pełniła funkcję Oberaufseherin obozu w Lichtenburgu od 1938 roku, następnie od września 1939 r.
w KL Ravensbrück, a od połowy 1942 r. w KL Auschwitz 6. Erna Boden była nadzorczynią w KL Ravensbrück, a Margareta Burda była agentką gestapo. 
     

      Służba więzienna początkowo nie zdawała sobie sprawy jakiej kategorii zbrodniarzy  przywieziono  we wrześniu 1946 roku dlatego zarówno Langefeld jak i Mandel  zostały zakwalifikowane  od początku jako tzw. więźniarki niecelowe, które miały o wiele większą swobodę w poruszaniu się na terenie więzienia niż inni uwięzieni.

      Dopiero w listopadzie 1946 r. zobaczyła je przypadkowo na korytarzu oddziału kobiecego więźniarka polityczna Stanisława Rachwałowa 7, była więźniarka KL Auschwitz która w czasie pobytu w obozie koncentracyjnym dobrze zapamiętała Marię Mandel i innych ważniejszych  obozowych funkcjonariuszy SS. Po wojnie, jeszcze przed swoim aresztowaniem, złożyła obszerne zeznania, w których przedstawiła charakterystykę głównych funkcjonariuszy KL Auschwitz 8  Aresztowana  za działalność  polityczną na rzecz WiN, znalazła się w więzieniu krakowskim prawdopodobnie w drugiej połowie listopada 1946 r.
     Na łamach “Przeglądu Lekarskiego Oświęcimskiego”, wydawanego w Krakowie, ukazały się w 1990 r. sześć lat po śmierci autorki niezwykłe wspomnienia Stanisławy Rachwałowej, uzupełnione i przejrzane przez jej córkę panią Annę Wincentowicz, zatytułowane “Spotkanie z Marią Mandel” przedstawione ostatnio w wersji słuchowiska Polskiego Radia 
http://www.polskieradio.pl/39/1240/Artykul/188854,WiNna-nie-WiNna. Autorka wspomnień pisze, że zobaczyła jak Mandel i Binz

 
      pochylone, na kolanach, mokrymi szmatami myły więzienne flizy. Była to dla mnie wielka satysfakcja.   Aż mi dech zaparło z radości i równocześnie odczułam silny żal do losu, że tak właśnie się dla mnie złożyło. Wieczorem do mojej celi przyszedł ktoś z             władz więziennych i wtedy nie omieszkałam zareagować i powiedzieć, iż dziwi mnie to, że taka przestępczyni i ludobójczyni wojenna jak Mandel, przebywa w tzw. wolnej celi roboczej i ma tyle możliwości kontaktowania się z innymi przestępcami. Podałam             personalia Mandel jej czyny zbrodnicze, ale zapomniałam o Binz (Langefeld – przyp. S.K)

      Rachwałowa myli się podając nazwisko drugiej więźniarki “Binz”. Dorothea Binz była nadzorczynią KL Ravensbruck od 1939 r. Pracując sumiennie najpierw w kuchni obozowej, a potem na stanowisku komendantki obozowego bunkra, od 1943 r. do końca wojny zastępowała Oberaufseferin tego obozu. Aresztowana w jesieni 1945 r. przebywała w obozie dla internowanych nazistów w Recklinghausen, a następnie w więzieniu Fuhlsbűttel w Hamburgu.
5 grudnia 1946 r. stanęła przed brytyjskim Trybunałem Wojskowym w Hamburgu w 16 osobowej grupie załogi KL Ravensbrűck i 3 lutego 1947 r. skazana została na karę śmierci 10
      Osobą, którą - obok Mandel -  zobaczyła Rachwałowa była, wspomniana wyżej, Joanna Langefeld, Oberaufseherin KL Ravensbrück. która od lipca 1942 r. była kilka miesięcy Oberaufseherin KL Auschwitz, a potem powróciła na krótko do KL Ravensbrück. Stanisława Rachwałowa nie znała Joanny Langefeld, ponieważ do KL Auschwitz przywieziono Rachwałową 1 grudnia 1942 r., kiedy Joanny Langefeld w KL Auschwitz nie było, a od jesieni  1942 r. funkcję Lagerfűhrerin obozu kobiecego pełniła już Maria Mandel.
      Można zastanawiać się nad okolicznościami pomyłki Stanisławy Rachwałowej, która swoje wspomnienia pisała w 1965 r. a więc 20 lat po wojnie. Zapewne zwiodła ją  nazwa KL Ravensbrück i funkcja oberaufseherin w tym obozie, którą, w różnych okresach czasu pełniła Langefeld i Binz. Dowodem na pomyłkę jest następny fragment wspomnień Rachwałowej:

     
Mandel na drugi dzień została cofnięta do celi zamkniętej. Binz (powinno być: Langefeld – przyp. S.K.) została w celi  roboczej i kilka dni potem uciekła 11.

     Po tej ucieczce władze więzienne na polecenie WUBP w Krakowie z 8 stycznia 1947 r. zn. 119/VI/47 zarządziły ostre pogotowie. Zobowiązane zostały, aż do odwołania, do wprowadzenia stałej rezerwy straży na terenie więzienia w ilości 15-tu osób, osobistego nadzoru przez naczelnika więzienia co najmniej trzy razy w tygodniu w porze nocnej całego więzienia i kontrolowania gotowości bojowej straży, do nadzorowania widzeń
i kontroli paczek przez kierownika działu specjalnego, do ograniczenia do minimum ilości więźniów zatrudnionych w niezabezpieczonych pomieszczeniach oraz na otwartym terenie (garaże, stajnie itp.). Funkcje oficerów inspekcyjnych mieli bezwzględnie pełnić naczelnicy więzień i ich zastępcy oraz kierownicy działu specjalnego.
     Aż do wiosny 1947 r. Stanisława Rachwałowa nie widywała Marii Mandel, ani innych byłych nadzorczyń z KL Auschwitz. 1 marca 1947 r. przywieziono do Centralnego Więzienia w Krakowie Theresę Brandl, ekstradowaną ze strefy brytyjskiej. Pewnego wiosennego [ majowego - przyp.S.K.] dnia wyprowadzono do kąpieli z jednej celi Marię Mandel, Theresę Brandl, Luisę Danz i Alice Orlovsky. Stanisława Rachwałowa, więźniarka polityczna, miała razem z nimi iść do kąpieli. Wspomina:

        Widok tych tak dobrze znanych mi twarzy kobiet tragicznie związanych z moją straszną, obozową przeszłością wywołał we mnie istną  lawinę złości i nienawiści. Zaczęłam głośno protestować przeciwko wspólnej z nimi kąpieli, gdyż były to przestępczynie wojenne, a ja  więzień polityczny i znałam swe prawa. Uwzględniono mój protest i hitlerowskie przestępczynie cofnięto do celi.  Przechodziły koło mnie pojedynczo, zmieszane i naprawdę przestraszone, zwłaszcza Mandel, z którą z racji mej pracy w obozie –  stykałam się często. Mandel poznała mnie natychmiast. Czy inne mnie poznały, nie wiem, choć  Danz w obozie  zbiła mnie  dwukrotnie po twarzy, ale teraz szła z opuszczoną głową. Z trudem się opanowałam i zaczęłam tłumaczyć sobie – “tak na rozum” –  że już mi  teraz nic nie zrobią i że choć ja jestem też więźniem, to jednak innej kategorii i choćbym je teraz uderzyła, nie poniosłabym  za to żadnej konsekwencji, gdyż one nie śmiałyby mnie tknąć. 

        Dlaczego Mandel tak bardzo przestraszyła się Rachwałowej?  Z pewnością nie dlatego, że w wyniku interwencji Rachwałowej Mandel utraciła  swoje uprzywilejowane stanowisko więźniarki celi roboczej i władze więzienne dowiedziały się od Rachwałowej kim w  istocie była Mandel w KL Auschwitz?  Mało
prawdopodobne jest, aby ktoś z władz więzienia poinformował o tym wojenne przestępczynie. A zatem coś innego wywołać musiało tak gwałtowną reakcję lękową Marii Mandel.  Rachwałowa, odnosząc jednak tę znajomość wyłącznie do obozu koncentracyjnego, nie zna całego kontekstu sytuacyjnego, który za chwilę wyjaśnię. Jak w odwróconym filmie widzi siebie brudną, zawszoną, więźniarkę obozowa, ciągnącą w szlejach, jak koń, Rollwagen Nr. 9. Przypomina brutalną interwencję Marii Mandel:

     Razem z Zosią Bratro za sauną gotowałyśmy wtedy zupę, gdy Mandel zjawiła się przed nami i zaczęła nas bić, kopać i pasem, który  zdjęła, zdzielać nas po głowie, po oczach, jak furia, ale zupa się nie wylała. Mandel pobiegła jak szalona do innych
     “kucharek”, które uciekały i znikały za sauną, a myśmy obie zjadły tę niedogotowaną zupę szybko, parząc sobie usta. Obie oberwałyśmy wtedy solidnie. Miałam wielką ochotę tak samo zbić Mandel po twarzy i skopać, gdy ,mijała mnie przestraszona na                korytarzu więziennym, choć  naprawdę nie wolno mi było jej zbić, ale możliwość taka istniała. Mogłam do niej i do innej powiedzieć, co chciałam, a to był już wielki  rewanż losu
.


        
Rachwałowa nie wiedziała co wydarzyło się 20 maja 1947 r. podczas przesłuchania Marii Mandel przez sędziego okręgowego śledczego Jana Sehna 12. Otóż Jan Sehn zapytał ją w pewnej chwili, co działo się z rzeczami po Żydach przywiezionych do obozu wprost na zniszczenie. Odpowiada Mandel:

      Z rzeczami tymi żadnej styczności nie miałam, rzeczy sortowane były w specjalnych magazynach (Effektenlager) i jak słyszałam wywożono je stamtąd do Rzeszy. Prawdą jest, ze wielu funkcjonariuszy SS przywłaszczało sobie wiele z tych rzeczy,
          ja niczego dla siebie z rzeczy tych nie zabrałam, gdyż nic nie potrzebowałam i rzeczy te były w moim rozumieniu splamione krwią ludzką.

         Po tej odpowiedzi  sędzia Sehn przedstawił  przesłuchiwanej przetłumaczone na język niemiecki zeznania świadka ... Stanisławy Rachwałowej (tom.3 k. 107) z których wynikało, że Mandel razem z Grabnerem, Kirschnerem, Stanglem i Hustkiem przywłaszczyła sobie część kosztowności po zagazowanej Żydówce. Po ich przeczytaniu Maria Mandel łamiącym się głosem zawołała:

      Uważam zeznania te za niesłychane oskarżenie

      I wtedy - jedyny raz w czasie przesłuchań - zaczęła płakać. Tak bardzo zabolał ją zarzut, że ona mogła okradać III Rzeszę. Kiedy, po dłuższej przerwie uspokoiła się, już bez emocji, cynicznie,  zaprzeczyła zarzutom innych świadków, że w zimie 1943/1944 r. miała zaproponować zlikwidowanie epidemii tyfusu przez zagazowanie wszystkich więźniarek. Także spokojnie wyjaśniła, że na okazanych jej zameldowaniach karnych (Meldung) w sprawie wymierzenia kar chłosty do 25 uderzeń więźniom nr 47295 i 47332:

        podpisy pochodzą z mojej ręki, ale o wymiarze kary decydował komendant, a kary chłosty zatwierdzał osobiście Himmler.
 

       We wzajemnych relacjach tych dwóch kobiet,  Mandel - morderczyni tysiąca kobiet i dzieci i Rachwałowej - ofiary hitlerowskiego i stalinowskiego reżymu, oskarżenie zawarte w zeznaniach Rachwałowej, mogło mieć istotne znaczenie.  W oczach Mandel, Rachwałowa nie była tylko jej ofiarą, ale także stanowiła dla niej poważne zagrożenie. Była niebezpiecznym świadkiem oskarżenia. Potwierdzać to może następna scena opisana przez Rachwałową:

           Po kilku dniach jedna z oddziałowych, zupełnie nie znająca języka niemieckiego, nie mogła się z nimi porozumieć i zawołała mnie,  abym po niemiecku, powiedziała, co trzeba, ale “tak do słuchu i na ich hitlerowski rozum”. Otworzyłam celę, a Niemki siedziały
           spokojnie, jak  gdyby nigdy nic i patrzyły bezczelnie na oddziałową i na mnie. Nie przesadzam, gdy piszę, że pociemniało mi ze złości w oczach,  poczułam się jak zły pies, którego puszczono ze smyczy i krzyknęłam na cały głos: Baczność! Achtung!  Zerwały
           się  w mgnieniu  sekundy i stanęły na baczność jak mur. Przestałam być więźniem, którego obowiązuje regulamin, byłam więźniem obozu  koncentracyjnego Oświęcim-Brzezinka, a te stojące przede mną kobiety – to esesmanki, nasze ciemiężycielki,                          morderczynie. Tama  pękła i słowa moje runęły jak lawina, złe, brutalne, okrutne, chamskie, takie, jakimi w obozie częstowano nas przy lada okazji.
 Podniecając się tą chwilą, niezwykłą dla byłej więźniarki i bezkarnością, podeszłam do Niemek całkiem blisko
           i poczułam, że jeszcze sekunda, a zacznę je bić, po twarzach, na odlew, bez pardonu. I nagle zobaczyłam przerażone oczy i twarzy zastygłe w bezruchu,  z zapartym tchem czekające na bicie.
           Nie uderzyłam, ale zafascynowana niezwykła sytuacją nie mogłam odejść od nich, gdy stały tak przede mną na baczność, lecz równocześnie zdałam sobie sprawę z tego, że to też więźniowie, że byłby to jakiś zły rewanż. Ogarnął mnie zwykły, ludzki wstyd:                bić więźnia? O choć powiedziałam: Ruhe!  Spocznij! – stały nadal nieme i zaskoczone, więc wyszłam, a potem w swojej celi rzuciłam się  na siennik i zaczęłam gorzko płakać, że to wszystko “nie to”, że inaczej człowiek myśli i chce, a inaczej wypada
           i że w zakamarkach  ludzkiej duszy drzemie bestia, która tylko czyha na okazję, ale, że ta zemsta, ta rekompensata w moim wypadku jest w innym wymiarze  i obowiązują mnie inne prawa.

  Od tego czasu Rachwałowa spotykała te Niemki na wspólnych spacerach. Już nie protestowała przeciwko ich obecności na spacerniaku.

                Mandel siedziała już wówczas sama w celi i na spacery chodziła osobno, z dala od nas. Chodziła szybko, ręce miała przeważnie założone do tyłu, głowę spuszczoną nisko, brwi zmarszczone. Zbrzydła bardzo od czasu Oświęcimia. Tylko nadal miała złote
         włosy,  oczy niebieskie, duże, ale w jej wzroku nie było już dawnej Mandel; był jakiś ludzki smutek i zawsze wyraz zdziwienia, który jakby  pytanie pojawiał się w jej oczach, gdy spoglądała na mnie. Brandl chodziła zawsze ogromnie przybita, nieobecna. Obie
         w ogóle były   takie inne, że jak gdyby nie były to już one. Miały może jakieś poczucie swych przestępstw, a może tylko trawiła je rozpacz i żal, że  się nie udało wymknąć i że Anglicy [w przypadku Marii Mandel – Amerykanie – przyp.S.K.] wydali je Polsce.
  .

         Patrząc na Mandel więźniarkę, widziałam ją u szczytu jej kariery w Oświęcimiu, świetną, elegancką, bardzo ładną, prowadzącą auto (żółtą “Simkę”- przyp. S.K.) lub na ładnym koniu (“Nandinie” - przyp. S.K.) , panią życia i śmierci tysięcy zaszczutych häftlingów,
         przed którą drżały nie tylko więźniarki lecz także załoga Brzezinki.
                Pamiętam też, że w tej okrutnej kobiecie istniały ludzkie uczucia. Raz, gdy była przy sortirungu na rampie przy transporcie  Żydów  węgierskich ulitowała się nad 12-14 letnią dziewczyną,[ o imieniu Alegri – przyp. S.K.],  która nagle zaczęła przed nią tańczyć
         boso, wśród pakunków, ludzi, chaosu i krzyku rozłączanych więźniów, jakiś piękny, fantazyjny taniec i na koniec pochyliła się do nóg Oberki  z niemym błaganiem o wspólne wejście z matką do obozu. I jeden jej gest uratował im życie i weszły szczęśliwe, bo
         razem,   i nawet  o nich potem pamiętała i obie były sztubowymi na tzw. “Krätzenbloku”.
                Pamiętała Mandel o bloku dziecięcym i chodziła często sama rozdawać paczki po zmarłych. Widziałam ją kilkakrotnie w takiej  sytuacji, pełną szczęśliwych uśmiechów, z dziećmi małymi na kolanach, piękną w swej radości, bo dzieci biegły do niej ufne
         i wyciągały  rączki po dary, pełne szczęśliwej wrzawy. I to też była Mandel, choć na drugi dzień była na sortirungach na rampie, gdzie  też były dzieci, które szły prosto na śmierć z jej rozkazu, a ona patrzyła na nie spokojnie, i to też była Mandel.
                 Widząc ją teraz, jak szła pochylona, może pod brzemieniem winy? czy rozpaczy?, że wszystko przepadło i oto przyszedł czas  zapłaty, czas sądu za tak straszne winy i że nic  ją  już od tego nie uchroni, że dzień po dniu musi przeżyć, aż do strasznego
         końca. I to też była Mandel.
                Tylko jedna Danz przechodząc koło mnie uśmiechała się leciutko i leciutko zawsze pochylała głowę w ukłonie. Tak było – ona była Aufseherin i ja -  były Chutzhäftling


 Pewnego razu Rachwałowa spotkała na więziennym korytarzu Rudolfa Hossa i Maksymiliana Grabnera:

         [Hőss] stał obrócony twarzą do ściany i już nie istniał, takie odniosłam wrażenie. Gdy przechodziłam koło niego, odwrócił nagle głowę  i jakby chciał coś mi powiedzieć, twarz blada jak ściana, spokojna i zrezygnowana. Dwa razy nasze ścieżki życiowe
         skrzyżowały się, raz w obozie, gdy myłam z Zosią Bratro podłogę po apelu. Przyjechał na motorze, wszedł bardzo wysoki w płaszczu gumowym, mokry i groźny. Wstałam pełna lęku z kolan i meldowałam. Chwilę patrzył na nas i wolno rzekł “Lagerkommendant                            Hoss”. Obrócił się i wyszedł  w deszcz i noc, a cień śmierci przeleciał po nas i stałyśmy dalej w bezruchu, pełne lęku i teraz tu na tym korytarzu znów zetknęły się ścieżki nasze, tylko że ja mogłam liczyć na ułaskawienie, a on? Wiedzieliśmy o tym w tej
         sekundzie, gdy patrzył na mnie. Szedł na śmierć.  Nie mógł mnie pamiętać, ale chyba coś wyczuł, że i ja z obozu i coś mi chciał powiedzieć. Został  potem powieszony w obozie w Oświęcimiu. 
               Raz wracając z sanitoriatu spotkałam na korytarzu Grabnera, szefa Politische Abteilung na cały Oświęcim. Miał na swym koncie milion wyroków śmierci, jak sam się przyznał. Teraz  był niepozorny, mały, zupełnie zagubiony, z nieludzkim przerażeniem
         w oczach. I on znów, ten straszny, wielki, potężny Grabner oświęcimski, trzęsący obozem i załogą, był inny; teraz się bał, trząsł ze strachu i budził już tylko niesmak i pogardę.


      
Stanisława Rachwałowa w wyniku powtórnego procesu przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie 30 grudnia 1947 r. sygn.akt Sr 1619/47 skazana została na karę śmierci.
       22 grudnia 1947 r., a więc tydzień wcześniej 23 zbrodniarzy z KL Auschwitz otrzymało wyroki śmierci. Wszyscy oni tuż po świętach Bożego Narodzenia 27 grudnia 1947 r. złożyli prośby do Prezydenta Bolesława Bieruta o ułaskawienie i darowanie życia. Prośba Maksymiliana Grabnera liczyła aż 7 stron, Hansa Aumeiera i Artura Liebehenschla po jednej stronie. W dwustronicowej prośbie Maria Mandel tłumaczyła, że o selekcjach decydowali lekarze SS: Clauberg w KL Ravensbrűck i Clauberg
i Schumann w KL Auschwitz i także oni wybierali więźniarki do eksperymentów lekarskich. Jej rola ograniczała się do utrzymania porządku. Nie posiadała psów, nie miała pejcza, nie biła nikogo pięścią i nie powodowała ciężkich obrażeń ciała, a jeśli coś takiego miało miejsce, to z pewnością dotyczy to innej osoby. Prosiła o darowanie jej życia ze względu na jej starego ojca. W prośbie o ułaskawienie nie wyraziła żadnej skruchy, ani żalu z powodu tego co działo się w obozach, w których służyła. Nie było skruchy w pismach pozostałych zbrodniarzy. Jednozdaniowe prośby o łaskę złożyli także wszyscy obrońcy z urzędu.  Z niepokojem i nadzieją wszyscy skazani w procesie załogi KL Auschwitz oczekiwali na odpowiedź.
     18 grudnia 1947 r. naczelnik Wydziału Więziennictwa WUBP w Krakowie ppor. Hamerschmidt J. zwrócił się pismem nr W4854/47 do Naczelnika Więzienia w Krakowie-Montelupich o zezwolenie na wstęp do więzienia grupy profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego: Ireneuszowi Michalskiemu, Irenie Krasnodębskiej, Barbarze Kaczół-Zielińskiej, Mirosławowi Michalskiemu, Tadeuszowi Michalskiemu i Wiesławowi Kolwodzie w celu dokonania pomiarów antropologicznych na przestępcach wojennych odpowiadających przez NTN i na udzieleniu im jak najdalej idącej pomocy w wykonywaniu ich prac.

     Z akt więziennych wynika, że 30 grudnia 1947 r. także prof. dr Stanisław Batawia  otrzymał zezwolenie przeprowadzenie badań psychiatrycznych
i antropologicznych zbrodniarzy oświęcimskich13.  
Nie udało się niestety odnaleźć śladów tej niewątpliwie ciekawej dokumentacji grupy prof. Ireneusza Michalskiego ani prof. dr Stanisława Batawii.  Szkoda także, że takich poszukiwań nie podjął Instytut Pamięci Narodowej. Powróćmy do wspomnień Stanisławy Rachwałowej:

        Tak się stało, że wyrok, który otrzymałam brzmiał : kara śmierci. Powędrowałam na inne, wyższe piętro i oczekiwałam w samotności na łaskę lub śmierć. A obok mnie znów były Mandel i Brandl i też czekały. Słyszałam co dzień jak Mandel meldowała po polsku stan celi : mówiła wolno, dokładnie i poprawnie…Sąsiedztwo Mandel i Brandl było dla mnie trudne. Czułam ich niepokój za ścianą, ja mogłam liczyć na ułaskawienie, one chyba nie. Nie było już we mnie tej nienawiści i chęci zemsty. Teraz istniał wspólny los, wspólne oczekiwanie. Dni mijały, jednakowe, monotonne,
a tam gdzieś za murami życie toczyło się dalej. Tylko ja i one, zamknięte w celach tuż obok siebie, stojące przed czymś wielkim, przed kresem wędrówki ziemskiej.

      Tak różne w swojej osobowości, wierze, narodowości, czujące tak samo czy inaczej ? Pytanie to we mnie wciąż nurtowało, a w sprzyjającej samotności rozwinęło się o ogromnego problemu : dlaczego ja, właśnie ja, na tyle milionów ludzi, którzy przeszli i ginęli w Oświęcimiu, jestem tak blisko nich, widzę i czuję ich karę tak bardzo zasłużoną, ich rozpacz i ja jedna wiem naprawdę, jak one w tej sytuacji wyglądają”.

Ułaskawienia

      Prezydent Bierut ułaskawił tylko dwóch spośród 23 skazanych w krakowskim procesie załogi Auschwitz-Birkenau na karę śmierci 14.  Byli to najstarszy skazany dr Johann Kremer i najmłodszy Artur Breitwieser. Na pozostałych wyrok miał być wykonany w ciągu najbliższych dni. Nadzór nad wykonaniem wyroku zlecono prokuratorowi Sądu Okręgowego w Krakowie dr Mieczysławowi Szewczykowi. Takiej treści odpowiedź z dnia 15 stycznia 1948 r. otrzymał od I Prokuratora NTN Stefana Kurowskiego m.in. Larry Allen Szef Biura “The Associated Press” w Warszawie, który pytał o datę planowanej egzekucji. Informację o ułaskawieniu tylko dr J. Kremera i A. Breitwiesera zamieściła “Trybuna Robotnicza” w sobotnio-niedzielnym numerze z dnia 17 stycznia 1948 r. w artykule 21 niemieckich zbrodniarzy z Oświęcimia zawiśnie na szubienicy”.

Ostatnia kąpiel

Przejdźmy teraz do końcowej części wspomnień Stanisławy Rachwałowej:

 

 

          Wiedziały co je czeka. Co przeżywały ? Czy myślały, że to słuszne, czy że to jest wprost niepojęte upaść tak nisko z tak wysoka? Że ona, Mandel, ma tak samo odejść, jak jedna z tych nędznych tysięcy häftlingów? Moja obecność obok musiała budzić w niej refleksję,
          że to właśnie za takie istoty, jak ja, przyszło jej umrzeć. Dlaczego ja mam się zastanawiać nad tym, co one czują i myślą ? Za ścianą – w ciszy – było słychać ich kroki, tam i z powrotem, tam i z powrotem, a każdy ich krok zbliżał je do kresu drogi życia.

Najbliższy dzień dał Rachwałowej odpowiedź na to dręczące ją pytanie. Powróćmy zatem do lektury jej wspomnień:

         Po południu zawołano nas do kąpieli. Mój dawny protest w sprawie wspólnych kąpieli wydał mi się teraz nieistotny. Mandel i Brandl szły przodem, a ja z oddziałową – z tyłu. W łaźni obie stanęły pod tuszami po przeciwnej stronie niż ja. Byłam bliżej drzwi i ubieralni.                      Oddziałowa puściła tusze i odwołana przez kogoś, wyszła zamykając drzwi. Dobrze ciepła woda spływała z tuszu, wywołując miłe uczucie odprężenia, lecz równocześnie zaczął mnie opanowywać niepokój i lęk. Nie spuszczałam z Niemek wzroku poprzez lejącą się wodę i            kłęby pary. Sytuacja była niesamowita: one dwie i ja, zamknięte, trzy istoty z byłego obozu śmieci. Jedna z nich – najwyższa władza – i ja, szary proch i pył, häftling – razem na jednym poziomie, równe w obliczu śmieci, a tak różne w swej winie.

Ich bitte um Verzeihung

         Nagle zobaczyłam, że obie Niemki idą powoli w moją stronę. Mandel szła pierwsza, Brandl za nią. Dawny strach ogarnął mnie całą. Stałam przerażona i bezradna, a one wciąż szły ku mnie wśród gęstej jak mgła pary i strumieni wody z lejących się tuszy, nagie i mokre.
         Chwila ta wydała mi się wiekiem. – o Boże ! – szeptałam bezradne. – Co one jeszcze chcą ode mnie ?

         A była Oberaufseherin  Mandel  z Brzezinki stanęła w odległości dwóch kroków przede mną, mokra, mała i pokorna i z oczu jej płynęły strumienie łez. Powiedziała wolno, z wielkim trudem, łapiąc oddech, ale wyraźnie : Ich bitte um Verzeihung [Proszę o wybaczenie,
         błagam o przebaczenie]. Za nią Brandl coś mówiła, płacząc spazmatycznie.  Wszystkie dawne marzenia oświęcimskie o rewanżu, biciu, zemście prysnęły w mgnieniu oka, znikły, stały się nieważne. W tej tragiczno-śmiesznej sytuacji w łaźni, gdy ten rozmiar winy i władzy
         i ten strzęp ludzki, zdruzgotany poniżeniem i poczuciem strasznej winy, w obliczu śmierci prosił o przebaczenie byłego häftlinga, wtedy uczucie wielkiej litości, smutku i przebaczenia owładnęło moją duszę. Płakałam wraz z nimi nad tym nieodgadniętym sercem ludzkim,
         które poprzez najgorsze rzeczy, aż poprzez zatratę całego człowieczeństwa weszło na drogę pokuty i zrozumienia. Chwyciłam jej wyciągniętą, proszącą dłoń i rzekłam : Ich verzeiche In Häftlingsnahme [ przebaczam w imieniu więźniów].  Na to one obie rzuciły się na                  kolana i zaczęły całować moje ręce. W tej chwili wróciła oddziałowa i stanęła zaskoczona, ale zrozumiała, że zaszło tutaj coś niezwykłego i nic nie powiedziała.

         Wracałyśmy w tym samym porządku. Oddziałowa wpuściła je pierwsze do celi i w ostatniej chwili obie obróciły głowę w moją stronę, uśmiechnęły się przy tym jakoś ciepło, z wdzięcznością, a Mandel powiedziała głośno, wyraźnie, po polsku jedno słowo : Dziękuję. Więcej            już nie widziałam ich. Po kilku dniach zostały stracone i wiem, że Mandel była ostatnia 15.

       Czy Rachwałowa miała prawo przebaczać w imieniu wszystkich więźniarek ? Czy w ogóle Mandel o to prosiła? Czy istotnie nastąpiła w niej jakaś przemiana? A może, widząc kolejną gehennę więzienną Rachwałowej “w wolnej Polsce” i wymiar kary taki sam wobec tych dwóch kobiet a tak różny w ocenie winy, chciała uregulować wzajemne relacje tylko z Rachwałową, którą w obozie poniewierała, biła i katowała bez litości?

Przypisy:
      1. Była to recepcja regulaminu więziennego z 1931 r. ze zmianami, a głównie ograniczającymi rolę Kościoła i organizacji charytatywnych w pomocy więźniom.
      Od 1945 r. więziennictwo było systemem politycznym podporządkowanym partii rządzącej. Kolejny regulamin został wydany w 1955 roku.

2. Centralne Więzienie w Krakowie przy ul. Montelupich  nr 1, a obecnie Areszt Śledczy przy ul. Montelupich nosi potoczną nazwę “Więzienia Montelupich”, używaną także w literaturze naukowej i popularno-naukowej. Mieści się ono w XVI-wiecznym gmachu włoskiej rodziny kupiecko-bankierskiej Montelupich, w którym w latach zaborów były austriackie koszary, od 1905 r. sąd wojskowy, w latach 1940-1944 hitlerowskiej więzienie policyjne Gestapo, a od 1945 r. ciężkie Centralne Więzienie karno śledcze UB i NKWD w Krakowie, następnie Areszt Śledczy w Krakowie. Podobnie więzienie we Lwowie nosiło także potoczną nazwę “Brygidki” od renesansowego gmachu, zbudowanego w 1614 r. dla żeńskiego zakonu sióstr św. Brygidy.

3.  Wspomnienia Krystyny Szymańskiej na taśmie magnetofonowej – w zbiorach Autora

      4.  Już w Norymberdze nakłaniał Rudolfa Hossa do pisania wspomnień (autobiografii) psychiatra więzienny dr Martin G. Gilbert. Pierwsza autobiografia Meine               Psyche, Werden, Leben and Erleben (Moja dusza, rozwój, życie i przeżycia) nie została opublikowana. Po ekstradycji Rudolfa Hossa do Polski sprawę te                         kontynuował sędzia dr Jan Sehn, którzy przesłuchiwał Hossa. Protokoły indagacji (od 29.09.1946 r. do 11.01.1947) zawierają 140 stron maszynopisu. Także w             styczniu i lutym 1947 r. a więc w okresie pomiędzy śledztwem a rozprawa główną rozmowy na ten temat prowadził z Hőssem kryminolog i psycholog prof. dr               Stanisław Batawia. Zob. Jan Sehn. Obóz koncentracyjny i zagłady Oświęcim [w:] Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce t. I 1946 s. 63-       130, Jan Sehn Wstęp [w:] Wspomnienia Rudolfa Hoessa komendanta obozu oświęcimskiego, Warszawa 1961 r.  Wspomnienia Rudolfa Hoessa komendanta obozu       oświęcimskiego. Warszawa 1956 r. Pamiętnik Rudolfa Hoessa. Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkernau;  zob. ks. Manfred Deselaers. Bóg a Zło, w świetle                   biografii i wypowiedzi Rudolfa Hőssa komendanta Auschwitz. Kraków 1999 r. s. 30-33.

 5.  Listy Marii Mandel do sędziego dr Jana Sehna.

       6.  Danuta Czech podaje, że 8 października 1942 r. nastąpiła zmiana na stanowisku nadzorczyni (Oberaufseherin)  między KL Auschwitz a KL Ravensbrück.                Dotychczasowa SS Oberaufseherin Joanna Langefeld wskutek sporu z Hössem powróciła na swoje poprzednie stanowisko do KL Ravensbrück, a funkcję                        Oberaufseherin we Frauen Konzentrations Lager Auschwitz w Birkenau objęła Maria Mandel (autorka błędnie podaje jej datę urodzenia) mająca już kilkuletnią
       praktykę,  bo od 15 października 1938 r. jako dozorczyni więzienia, najpierw w obozie koncentracyjnym w Lichtenburgu, a od 15 maja 1939 r. w KL Ravensbrück        i sprawowała to stanowisko do 30 września 1944 r. Od 1 października 1944 r. zastąpiła ja dozorczyni Elisabeth Volkenrath. zob. Danuta Czech. Kalendarz                    wydarzeń w KL Auschwitz. Oświęcim 1992 r. s. 262, 770. Maria Mandel przesłuchiwana 20 maja 947 r. przez sędziego śledczego Jana Sehna twierdziła, że
       słyszała, iż po zwolnieniu Langefeld z KL Auschwitz i powrocie jej do KL Ravensbruck prowadzono przeciwko niej dochodzenie za “organizowanie” rzeczy
       pożydowskich. Dochodzenie to prowadził  m.in. także Boger z oddziału politycznego KL Auschwitz. W wyniku tych dochodzeń Langefeld została ostatecznie                  aresztowana. O przeniesieniu Mandel do KL Auschwitz zadecydował Glücks, chociaż Mandel protestowała wiedząc, że tam jest wylęgarnia tyfusu i wszy, ale pod
       groźbą Pohla przyjęła to nowe stanowisko.

       7.  Stanisława Rachwałowa (1906–1984)  działaczka ZWZ ps. “Herbert”, Herburta”, “Rysiek”, “Ryś” łączniczka i wywiadowczyni kontrwywiadu Okręgu Kraków
       ZWZ, była więźniarka KL Auschwitz od 1 grudnia 1942 r., KL Ravensbrűck od 18 stycznia 1945 r. i KL Neustadt-Glewe od marca 1945 r. po wojnie zaangażowana
       w pracy wywiadowczej Wydziału Informacji Obszaru Południowego WiN pod ps. “Zygmunt”, aresztowana w Warszawie 30 października 1946 r. 29 września 1947r.
       skazana została wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie (Sr 1157/47) na karę dożywotniego więzienia. Po uchyleniu tego wyroku decyzją Naczelnego
       Sądu Wojskowego z 21 listopada 1947 r. skazana ponownie przez WSR w Krakowie 30 grudnia 1947 r. sygn.akt  Sr 1619/47 na karę śmierci. Orzekając karę              śmierci wobec Stanisławy Rachwałowej skład sądzący WSR w Krakowie zaopiniował, ze skazana zasługuje na zamianę kary śmierci na karę wolnościową
       ze względu na długi pobyt w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, za przynależność do Z.W.Z. w czasie okupacji. Zob. Filip Musiał op.cit. )

       8.  W lecie 1945 r. Stanisława Rachwałowa składała przed Główną Komisją Zbrodni Niemieckich w  Polsce, a następnie przed Okręgową Komisją w Krakowie
       zeznania w związku z jej pobytem w KL Auschwitz. W Krakowie przesłuchiwał ją sędzia Stanisław Żmuda, z którym potem nawiązała działalność konspiracyjną
       organizacji WiN. W zeznaniach przedstawiła bardzo dokładnie sylwetki kilkunastu funkcjonariuszy KL Auschwitz m.in. M. Mandel, Theresy Brandl, Hansa
       Aumeiera. Ze względu na precyzję opisów warto kilka z nich przytoczyć: 
            Oberaufseherin Maria Mandel. Lat ok. 30, wzrostu do 1,60 cm. budowy silnej, nogach krzywych, chodzie ciężkim. Była jasną  blondynką o bardzo ładnej twarzy, regularnych rysach. Twarz podłużna, oczy niebieskie o dobrze zarysowanych brwiach, koloru
            ciemniejszego od włosów, nos prosty ładny, cera jasna o bardzo ładnych silnych rumieńcach, usta pełne, czerwone, zęby ładne,  zdrowe, drobne i białe. Głos wysoki, ostry, energiczny, wyraźny. Znała tylko język niemiecki, przy czym mówiła narzeczem
            wiedeńskim. Przedstawiała ona typ rasowej Niemki. Nazywano ją również “Brunhilda”. Pochodziła z Wiednia, z zawodu bokserka, prowadząca  świetnie auto, motocykl i jeździła dobrze konno.
            Brandel Teresa, lat ok. 35, wzrost ok. 162 cm. szczupła budowa ciała, niezgrabne, chód męski, brunetka, oczy ciemne, brwi  silnie zarysowane, rzęsy krótkie, nos wklęsły, lekko pyrkaty, szczęki wystające, silnie zarysowane, usta męskie, zaciete, bezbarwne,
            uzębienie normalne, cera ziemisto-blada, twarz ponura, zła, bez uśmiechu. Mówiła dobitnie, wyraźnie, z przerwami, akcentując każde  słowo tonem rozkazującym, głos miała niski, zły, mówiła tylko językiem niemieckim, narzeczem hanowerskim. Była długoletnią
            kochanką Taubego.
            Aumeier Hans SS-Sturmbannfuhrer (major), narodowości niemieckiej, 46 lat, wzrost 150 cm. waga ok. 50 kg, włosy ciemno  blond, twarz owalna, oczy ponure, mały spiczasty, ostry  nos, oczy brązowe, dolna część lewego ucha brakująca, rechoczący,
            kraczący głos,  pałakowate nogi. Mówi bawarskim akcentem i z dużym temperamentem. Zajmował najbardziej czołową pozycję w obozie. On wyznaczał niemieckich lekarzy, którzy uczestniczyli w lekarskich eksperymentach “Spielzeug”.
                    
Zeznania Stanisławy Rachwałowej znajdują się w tomie 3 akt procesu Rudolfa Hossa  karty  87-152. Składała także zeznania w sprawie przeciwko                          funkcjonariuszom krakowskiego Gestapo. T.XI karta 13-16. Zob. Filip Musiał . Wyrok w sprawie Stanisławy Rachwał. Zeszyty Historyczne WiN-u  nr 17, 2002 r.
       9.  Wspomnienia Stanisławy Rachwałowej “Spotkanie z Marią Mandel” opublikowane zostały na łamach “Przeglądu Lekarskiego Oświęcimskiego” wydawanego
       w Krakowie nr 1/1990 r.

       10. Proces załogi KL Ravensbrück w Hamburgu (1946-1947) – [w:] www.tajemnicehistorii.pl

       11. Joanna Langefeld zbiegła z więzienia Montelupich 23 grudnia 1946 r. Była wówczas nadal tzw. więźniarką zatrudnioną poza celą, a więc uprzywilejowaną
       ze względu na większy zakres swobody. Opowieść o rzekomo bezdomnej kobiecie, którą wprowadziły do więzienia polskie więźniarki,a która miała udawać Joannę
       Langfeld została zmyślona. Urszula Wińska w korespondencji z Autorem potwierdza, że rzeczywiście w ucieczce Langefeld pomogły Polki, byłe więźniarki
       hitlerowskich kacetów. Podobno umieściły ją w jakimś klasztorze w Krakowie, skąd po latach przedostała się do NRF.
             W drugiej połowie 1946 r. z więzienia Montelupich zbiegło siedem osób: Stanisław Janicki, Józef Fila, Józef Szwajekowski, Jerzy Trynka,  Ferdynand Czyż,
       Joanna Langefeld (23.XII 1946 l.dz. do PP I 4554/46) i Ernest (nazwisko nieczytelne).  7 marca 1947 r. Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego
       w Krakowie zabronił naczelnikowi więzienia używania więźniarek do sprzątania jakichkolwiek pomieszczeń na terenie więzienia z wyjątkiem korytarza oddziału
       kobiecego.
        12. Protokół przesłuchania Marii Mandel 20 maja 1947 r.

       13.  Pismo I Prokuratora NTN Stefana Kurowskiego nr 3156/47 z 30 grudnia 1947 r. do Obywatela Prezesa Sądu dr Alfreda Eimera w Krakowie: Uprzejmie proszę
       Obywatela Prezesa o umożliwienie Profesorowi dr Stanisławowi Batawii przeprowadzenie badań psychiatrycznych i antropologicznych nad skazanymi przez NTN
       w procesie oświęcimskim przestępcami wojennymi
. Na piśmie znajduje się odręczna adnotacja: otrzymał dr Batawia dnia 30.12.47 i odręczny podpis
       dr Batawii.
       14.  Pismo Nadzoru Sądowego Ministerstwa Sprawiedliwości z 13 stycznia 1948 r. znak: N.S. IV 75/48 (podpisane przez kierownika Nadzoru Sądowego
        Z. Kapitaniaka) do Najwyższego Trybunału Narodowego w Krakowie.
       15.  Wykorzystałem maszykopis wspomnień Stanisławy Rachwałowej i tekst opublikowany na łamach “Przeglądu Lekarskiego” pt. Spotkanie z Marią Mandel.

                                                                                                                                   c. d. n

                                                   
                                                                                                                 Następny odcinek : Egzekucja


Back to top